Duński dynamit wybuchł w Progresji

Klub Progresja nie jest idealny. Byłem na wielu koncertach w miejscach ładniejszych, większych, z lepszą klimatyzacją czy przestronnym barem. Obejrzałem w nich wiele występów – zarówno wybitnych (Slayer w Stodole), jak i katastrofalnych (nie będę pisał gdzie :)). Jednak lubię to miejsce.

Właśnie w Progresji obejrzałem ostatnio dwa koncerty, które zrobiły na mnie wrażenie kolosalne i zostaną w mojej pamięci przez wiele lat. Pierwszym z nich był oczywiście występ Emilie Autumn, o którym pisałem dość sporo. Drugim był wczorajszy występ Volbeat.

Volbeat w Progresji (fot. Łukasz Mrozek / MadStudio.eu)
Volbeat w Progresji (fot. Łukasz Mrozek / MadStudio.eu)

Duńczycy wystąpili w stołecznym klubie po raz drugi. I po raz drugi zagrali perfekcyjny show. Ciężko jest mi jednak pisać cokolwiek odkrywczego, ponieważ obydwa ich występy dzieli zaledwie rok – a w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy do sklepów ich nowa płyta nie trafiła. Chciałbym napisać, że mnie zaskoczyli, ale mijałbym się z prawdą. Spodziewałem się genialnego brzmienia, świetnego oświetlenia, żywiołowego występu, świetnego kontaktu z publicznością oraz… nieśmiertelnego grzebienia Michaela Poulsena.

Michael Poulsen i jego grzebień - Volbeat w Progresji (fot. Łukasz Mrozek / MadStudio.eu)
Michael Poulsen i jego grzebień - Volbeat w Progresji (fot. Łukasz Mrozek / MadStudio.eu)

I to dostałem. Zostałem usatysfakcjonowany w stu procentach. Podobnie publiczność szczelnie wypełniająca Progresję (koncert był wyprzedany).

Brak zaskoczenia nie jest bynajmniej zarzutem pod kontem Volbeat. Są zespoły, od których wręcz nie oczekuję jakichkolwiek niespodzianek. Nie wyobrażam sobie np. sytuacji, w której Lemmy powie: „A teraz Was zaskoczymy i zamiast Ace of Spades zagramy utwór, którego nigdy nie graliśmy na żywo”.

Volbeat w Progresji (fot. Łukasz Mrozek / MadStudio.eu)
Volbeat w Progresji (fot. Łukasz Mrozek / MadStudio.eu)

Idąc na Volbeat chciałem usłyszeć po raz kolejny „Sad Man’s Tongue”, „Pool of Booze” czy „Human Instrument”. Chciałem usłyszeć charakterystyczne przekomarzanie się Poulsena z publicznością i „Still Counting” na końcu. Volbeat również wyszli z założenia, że fajnie będzie, jak te utwory się pojawią. I nikt na brak zaskoczeń nie narzekał.

Volbeat w Progresji (fot. Łukasz Mrozek / MadStudio.eu)
Volbeat w Progresji (fot. Łukasz Mrozek / MadStudio.eu)

Skłamałbym, gdybym stwierdził, że nie było absolutnie nic nowego – było – Duńczycy zagrali „A Warrior’s Call” z nadchodzącego (ale powoli – premiera we wrześniu) nowego albumu. Utwór swoją drogą ciekawy – klimat znany z poprzednich płyt utrzymany. Słychać idealnie wokalne inspiracje Poulsena – Hetfielda naśladuje lepiej niż Hetfield. (Więcej o nowej płycie przeczytacie w wywiadzie z Thomasem Bredhalem, którego gitarzysta zgodził się udzielić MusicArena.pl.)

Aha… Volbeat zakończył koncert grając kilka pierwszych riffów z kultowego „Raining Blood” Slayera, po czym grzecznie podziękował, powiedział, że jesteśmy fajni i pojechał do Krakowa.

I tyle.

Ale podobało mi się – na ich kolejny koncert również pójdę. Zastanawiam się nawet czy nie poprosić kogoś w LiveNation, żeby rozważył podmianę na tegorocznym Sonicsphere. Oddam Behemoth, a wezmę Volbeat.

Nergal, przepraszam… Ale ja nie wierzę w 40 minut w pełnym, czerwcowym słońcu. Ugotujecie się w waszych ciuchach.

Logic(zny) dropjaw i obcowanie z historią

Zawsze wydawało mi się, że ciężko jest pobić Steve’a Jobsa w sposobie prowadzenia prezentacji… Do wczoraj.

Paul Goodyear opowiadał na pokazie dla prasy o możliwościach nowego Logic Studio. I zrobił to w sposób absolutnie bezkonkurencyjny. Fakt, że Logic jest również sygnowany znakiem firmy sadowniczej z Kalifornii spowodował, że Jobs może się nie martwić – wszystko zostało w rodzinie Apple.

Logic Studio
Logic Studio

Na dodatek zarobili kolejne parę tysięcy dolarów, ponieważ zacząłem Maca z Logic Studio pożądać straszliwie. Gigantyczna baza sampli, poprawiony workflow, intuicyjność, bardzo rozbudowane dodatki pokroju Amp Designer i Pedalboard oraz absolutnie genialny Mainstage 2 spowodowały, że Digidesign ze swoim ProToolsem musi się bardzo napocić, żeby podnieść się po ciosie Apple. Steinberg i jego Cubase oraz Abletony i inne programy do rejestracji i obróbki dźwięku zostały daleko w tyle. Bardzo daleko.

Dla ludzi, którzy powyższy akapit odebrali jako bełkot (i tych, którzy zrozumieli, a chcą się dowiedzieć więcej) zapraszam tu.

Kolejna prezentacja, prowadzona przez smutnego Niemca, dotyczyła Final Cuta. I została spartaczona po całości. Było tak nudno, że wróciły wspomnienia wykładów z teorii systemów politycznych.

Nie chcę reklamować produktów, a Apple za miłe słowa mi nie płaci (a  mógłby). Jednak utwierdziłem się w przekonaniu, że jeśli chodzi o profesjonalizm i robienie show, to Amerykanie nie mają sobie równych. Naprawdę są w tym najlepsi.

My mamy rodzinę Ligockich, a oni Shawna White’a. My mamy Wisłę, a oni NY Yankees. My mamy Małysza, a oni…

zły przykład… jeszcze raz…

My mamy dyr. Rydzyka, a oni Howarda Sterna. My mamy Anne Wyszkoni, a oni Beyonce. Wreszcie my mamy Toxic Bonkers, a oni Warbringer. Czyli połowę składu z wczorajszego koncertu z Progresji.

I jedni i drudzy grają… hm… sieczkę. Jednak o ile Toxic Bonkers mnie wynudzili straszliwie, łupiąc w te swoje intrumenty i krzycząc niemiłosiernie, tak występ Warbringer zrobił na mnie wielkie wrażenie. W sumie nihil novi – Exodus wersja 2.0. Jednak zagrali ciesząc się jak dzieci. Widać było, że granie sprawia im przyjemność, perkusista grał fenomenalnie, a bijąca z nich energia rzeczywiście mogła przypomnieć przełom lat 80/90 gdy muzyka rockowa była bardziej spontaniczna. I nie szkodzi, że muzyka trochę wtórna, a teksty infantylne. Weszli na scenę i pozamiatali. Jak Goodyear.

Kupię Logic Studio. I będę nagrywał oldschoolowy thrash metal.

A żona mnie wyrzuci z domu.

Brütalna prawda o skórzanych ciuchach fanów metalu

Dawno się tak nie uśmiałem jak wtedy, gdy kilka dni temu spędziłem parę uroczych godzin grając w Brütal Legend.

Co dziwne – nie jest to gra wybitna. Z technicznego punktu widzenia nie jest nawet dobra. Grafice bliżej do PlayStation 2 niż nextgenowych potworów, animacja szwankuje, kolizja obiektów również… jednak udźwiękowienie i fabuła spowodowały, że Mass Effect 2 i Heavy Rain muszą jeszcze poczekać. Nawet Dragon’s Age kurzy się na półce.

Brütal Legend nie przejdzie do historii gier jako kanon. Ba, nie zrozumie jej nikt, kto nie jest fanem muzyki metalowej. Dla jej fanów zaś dzieło Tima Schafera będzie powodem, dla którego kupią sobie konsole. Nie dość, że soundtrack liczy sobie ok. stu utworów autorstwa takich tuzów jak Black Sabbath, Motorhead, Megadeth, Slayer, Manowar, Dimmu Borgir, Emperor, Motley Crue czy Judas Priest, to na dodatek udźwiękowieniem gry zajęli się: znany z Tenatious D oraz kultowego Pick of Destiny Jack Black, Lemmy Kilmister aka Kill Master, Rob Halford oraz sam Arcyksążę Ciemności, Bóg Metalu, Postrach Nietoperzy, a prywatnie ojciec dwójki uroczych dzieci czyli mąż swojej żony – Ozzy Osbourne.

Reszta jest historią – wciągająca fabuła, genialne dialogi, fantastyczny Jack Black, a wszystko opakowane tonami mieczy, ognia, czaszek, łańcuchów, motocykli, skóry, ćwieków i nazw rodem z dyskografii Manowar (łącznie z moją ulubioną stacją radiową Mouth of Metal).

Oczywiście w Polsce, kraju w którym sklepy muzyczne nie mają wiele poza Rubikem, Kasią Kowalską, Piaskiem i Behemoth nie da się kupić oficjalnego soundtracku do tej gry. Dlatego zmuszony byłem przekopać się przez moje zakurzone sterty płyt i takowy sam sobie złożyć.

W czasie poszukiwań w ręce wpadła mi koncertówka Judas Priest – „Unleashed in the East” i zacząłem podziwiać Rob Halforda za odwagę.

Bo trzeba mieć naprawdę wielkie cojones, żeby otwarcie przyznać się do odmiennej orientacji seksualnej. I do tego jako ikona muzyki przeznaczonej głównie dla okładających się po klatach zarośniętych samców alfa. Szok, jaki wywołał tym oświadczeniem był większy niż podobne wyznanie, nieżyjącego już, Brendana Burke’a.

Co ciekawe – sceniczny image Roba Halforda czyli skóry, łańcuchy, ćwieki i kajdanki został szybko uznany przez fanów jako styl prawdziwych metalowców. W sumie nie dziwne – ramoneska wygląda lepiej niż spodnie ze spandexu, którymi straszyli muzycy Iron Maiden. A skóra jest bardziej „męskim” materiałem niż jedwabie i koronki (o makijażu nie wspominając), w które ubierały się zespoły pokroju Poison, Motley Crue czy Twisted Sister. Jednak nie mogę się pozbyć wrażenia, że wokaliście Judas Priest nie chodziło o stworzenie „metalowej mody”, a raczej upodobnienie się do bywalców pewnego słynnego klubu (ups… baru sałatkowego).

Z drugiej strony (choć w sumie nie powinno mnie to obchodzić) mam cichą nadzieję, że Halford nie był… hm… bierną stroną w swoich związkach. Zabawne by bowiem było, gdyby się okazało, że połowa fanów metalu wygląda jak cioty.

Vancouver 2010 czyli trochę sportu

Pierwszy dzień IO Vancouver 2010 powoli za nami. Jednak działo się sporo – zgasł ogień olimpijski, zginął tragicznie gruziński saneczkarz, a nieśmiertelny Adam Małysz, nasz symbol narodowy, sportowiec XXI wieku i fetysz dziennikarzy z TVP zdobył olimpijskie srebro.

W mojej opinii sukces niebywały, ponieważ się go nie spodziewałem. Przed igrzyskami stwierdziłem, że sukcesem dla Małysza będzie pierwsza szóstka. Na szczęście się myliłem – Małysz wzbudził we mnie dziś większy podziw, niż kilka lat temu, kiedy hurtowo wygrywał to, co było do wygrania.

I szczerze mówiąc liczę, że na dużej skoczni uda mu się zdobyć upragnione olimpijski złoto. Będzie to idealne ukoronowanie jesto fantastycznej kariery.

Tak w ogóle, to fajnie ogląda się IO. Liczba zawodowców i prawdziwych mistrzów jest tak wysoka, że nie nudzę się ani na chwilę. Oczywiście – zawsze coś popsują organizatorzy, działacze, TVP i politycy (który pierwszy zrobi sobie zdjęcie z medalistami? Kaczyński czy Kaczyński?), jednak ci, od których wszystko zależy zapewnią nam wielkie emocje, a często przeżycia wręcz metafizyczne.

I tak się zastanawiam – mamy Kowalczyk, Sikorę, Małysza, szczypiornistów, lekkoatletów, świetnych siatkarzy… a ciągle najbardziej eksponowane miejsca w serwisach sportowych zajmują nasi piłkarze, którzy nie są godni skakać po bułkę i banana dla Małysza.

Zadziwiające.

Zadziwiające jest też to, że ci sami, którzy podniecają się meczami Legii z Wisłą czy Knura Zawiercie z Polonezem Gęsia Wólka wyśmiewają się z Amerykanów za ich pojęcie futbolu (ops, footballu).

A Amerykanie wiedzą co robią – nawet jeśli fascynują się sportami, których nikt nie rozumie, to przynajmniej doceniają profesjonalistów.

Emilie Autumn i The Bloody Crumpets – bardziej widowiskowe niż Madonna

Obiecałem wczoraj, że rozwinę temat koncertu Emilie Autumn i The Bloody Crumpets w Progresji…

EmilieAutumn i The Bloocy Crumpets w Progresji
Emilie Autumn i The Bloody Crumpets w Progresji

Zazwyczaj koncerty się opisuje łatwo. Wyszli zarośnięci panowie z gitarami w kształcie siekiery z zagrali materiał z ich ostatniej płyty… Albo wyszli panowie w szerokich gaciach i namawiali tłum do pobicia piętnastolatka… Albo wyszli umalowani panowie i podarli biblię… Albo wyszła słono opłacana 50-latka i nie zareagowała na „sto lat” śpiewanie przez tłum na Bemowie… Albo wyszło na scenę Faith No More i zdmuchnęło publiczność na Heineken Open’er… Albo, albo, albo… Wymieniać można długo.

Emilie Autumn
Emilie Autumn

Tym razem tak łatwo nie będzie. Ciężko bowiem występ Emilie Autumn sklasyfikować jako „normalny” koncert. Oczywiście – amerykanka jest multiinstrumentalistką pełną gębą, ale również (a może i bardziej) performerką. O dziewczynach z The Bloody Crumpets nie wspominając.

Emilie Autumn i The Bloody Crumpets
Emilie Autumn i The Bloody Crumpets

Panie zagrały (odegrały :)) praktycznie cały materiał z ostatniej płyty Emilie – „Opheliac” okraszając go bardzo mocno licznymi wstawkami kabaretowo-teatralnymi, tańcem, akrobatyką i genialnym wręcz kontaktem w polską publicznością.

Amerykanka zachowała się jak stara wyga zdobywając uwagę publiczności w ciągu kilku pierwszych minut. Wypuściła dopiero po koncercie. Wyżętą jak szmata. Pod względem wizualnym był to jeden z lepszych show ostatnich lat. I to nie dlatego, że jestem facetem i, podobnie jak reszta przedstawicieli mojej płci (pozdrawiam wszystkich fotografów :)) image zespołu kupiłem od razu. Koncert po prostu wyglądał rewelacyjnie. Telewizyjne koncerty noworoczne z wielomilionowymi budżetami wyglądały przy tym jak gale discopolo w remizie w Mławie.

Emilie Autumn
Emilie Autumn

Co do strony muzycznej to było różnie. Oczywiście wszystko oprócz wokali, solowych partii skrzypiec i klawesynu zostało odegrane z taśmy. Nie przeszkadzało to jednak za bardzo, ponieważ na scenie nie zmieściłby się karzeł grający na trójkącie, o DJ-u i perkusiście nie wspominając. Nie przeszkadzało również trochę (sporo…) fałszów – ciężko się bowiem śpiewa wisząc głową do dołu dwa metry nad sceną. Niedociągnięcia techniczne zespół nadrobił bardzo żywymi wykonaniami i absolutnie genialną, o wiele cięższą, (co w tym wypadku znaczy o wiele lepszą) wersją „Dead Is The New Alive”, znaną m.in. ze ścieżki dźwiękowej do „Piła IV” (Manipulator Mix). Na płycie ten utwór zrobił na mnie wrażenie dość przeciętne, a w Progresji dosłownie urwał łeb.

The Bloody Crumpets - Aprella
The Bloody Crumpets - Aprella
The Bloody Crumpets - The Blessed Contessa
The Bloody Crumpets - The Blessed Contessa
The Bloody Crumpets - Naughty Veronica
The Bloody Crumpets - Naughty Veronica

Obejrzyjcie zdjęcie (więcej znajdziecie na MusicArena i blogu Łukasza Mrozka, któremu dziękuję za, jak zwykle, genialne zdjęcia – biedak pewnie do tej pory ma zakwasy, bo przez cały koncert nie zdejmował palca ze spustu migawki :)).

A jak skończycie to żałujcie, że Was w Progresji nie było i nie przegapcie kolejnego koncertu Emilie.

Teraz czekam na Volbeat.

P.S. Wielkie brawa należą się organizatorom – nowy sprzęt nagłaśniający sprawdził się wyśmienicie. Cieszę się, że idea inwestowania w brzmienie, a nie nowy wystrój baru w przypadku tego klubu się sprawdza. Progresja powoli aspiruje do jednego z lepiej nagłośnionych miejsce w Warszawie. A Stodole kakofonii na Mars Volta nie wybaczę.

P.P.S. The Bloody Crumpets wystąpiły w okrojonym składzie (Naughty Veronica, The Blessed Contessa, Aprella), nie miało to jednak żadnego znaczenia – chyba nie ma na świecie sceny, która pomieściłaby je wszystkie.

Rozłożony na łopatki przez Emilie Autumn i The Bloody Crumpets

Na razie na gorąco i szybko. Emilie Autumn i dziewczyny z The Bloody Crumpets rozniosły publiczność w Progresji w drobny mak. Tak ciekawego show, mieszającego koncert z kabaretem i teatrem nie widziałem od… powiedzmy, że od dawna. Burleska, Burton, Moulin Rouge, cyrk, szpital psychiatryczny, Vivaldi i makabreska w jednym.

Tu nie ma o czym pisać – trzeba obejrzeć zdjęcia. Wkrótce wrzucę kilka fotek, ale…

Niech wystarczy Wam fakt, że fotografowi, który robił dla mnie zdjęcia na potrzeby MusicArena pierwsza 16 GB karta pamięci (ok 500 zdjęć w wysokiej rozdzielczości) zeszła w ciągu pierwszych trzech utworów.

Wrócę do tego tematu jutro – teraz postaram się pozbierać myśli do kupy.

A kto nie był niech żałuje.

Emilie Autumn w Progresji

Emily Autumn
Emilie Autumn

To nie jest Avril Lavigne.

Emilie Autumn zagra w warszawskim klubie Progresja 9 lutego. I jestem z tego powodu bardzo zadowolony. A jeszcze bardziej mój fotograf, który ostatnio zmuszony był fotografować spoconych deathmetalowców i ukrytych za mgłą muzyków z Fields of the Nephilim.

Szczerze mówiąc jestem zaintrygowany, ponieważ pierwszy koncert Emilie Autum (również w Progresji) przegapiłem. Skrzypaczka zagrała w kwietniu zeszłego roku i… podobno było fajnie. Teraz na pewno się wybiorę. Tym bardziej, że jej muzyka jest specyficzna. A ja lubię od specyficzną muzykę od czasu pierwszych solowych projektów Mike’a Pattona.

Tak w wielkim skrócie – dla tych, którzy w ogóle tej artystki nie kojarzą.

Emilie Autum jest amerykańską multiinstrumentalistką tworzącą muzyką na pograniczu gotyku, industrialu, cold wave i steam punka (z barokowymi wstawkami). Jej kariera nabrała tema, gdy rozpoczęła współpracę z Courtney Love i Billym Corganem (Smashing Pumpkins). Wydała sześć albumów solowych. Na koncertach towarzyszą jej dziewczyny z The Bloody Crumpets.

To był telegraficzny skrót – jeśli chcecie wiedzieć więcej zapraszam do tekstu o Emily Autumn w polskiej wikipedii, gdzie to hasło zostało naprawdę nieźle opracowane.

Aha… No tak… koncerty wyglądają naprawdę ciekawie. Jeśli ktoś lubi lekkie koszmarki 🙂

Z drugiej strony, jeśli ktoś lubi burtonowskie klimaty będzie zachwycony. Ja lubię.

Emily Autumn
Emilie Autumn
Emily Autumn i The Bloody Crumpets
Emilie Autumn i The Bloody Crumpets

Oczywiście jestem gotowy na zarzuty o infantylność. Kto nie widział Dody live niech pierwszy rzuci kamieniem.

Kto nie wierzy w Owsiaka tego matka jest z Wehrmachtu

Nie lubię się powtarzać i klepać tych samych tematów w kółko. Dlatego nie będę pisał o kolejnym idiotycznym, wytoczonym przez bojowników PiS, procesie przeciwko Nergalowi (nota bene w sprawie, którą wygrał – ciekawe ile razy można oskarżać człowieka o to samo, pomimo prawomocnego wyroku sądu). Nie mam zamiarów również rozważać, czy pierścionek zaręczynowy, który kupił Dodzie kosztował tylko 3 tysiące dolarów czy może 100 milionów. Nie spodziewajcie się również, że będę z zapałem śledził magazyn VIVA, który na 100% kupi prawa do reportażu ze ślubu tej pary.

Doda i Nergal / zdj. Agencja My Photo pożyczone z Pudelek.pl - mam nadzieję, że się nie gniewacie
Doda i Nergal / zdj. Agencja My Photo pożyczone z Pudelek.pl - mam nadzieję, że się nie gniewacie

Ale zdjęcia obejrzę – jestem bowiem ciekawy czy Nergal spłonie przekraczając próg kościoła i jaką minę będzie miał ksiądz udzielający im sakramentu. To by było niezłe – płonący Nergal skrapiany święconą wodą. Nie wiem, czy by mu się to podobało, ale na pewno TVN (którego ekipa też w kościele się znajdzie) będzie miał wreszcie materiał, który zażre. Sarkazm był celowy, ponieważ polityka informacyjna tej stacji irytuje mnie coraz bardziej. Nie obchodzi mnie co robią w sprawie Legii, PiS-u czy Ojca Dyrektora. Obchodzi mnie za to, w jaki sposób szukają „ciekawych” tematów.

Nasza redakcja była na konferencji podsumowującej Finał WOŚP. Zebrali 36 milionów, znów kupią sprzęt dla chorych dzieciaków, zrobili świetny show. Rewelacja. Jednak debilowi z TVN to nie wystarczyło. Musiał mieć „to coś”. Więc pochwalił się dziennikarskim nosem a’la „News of the World” i wypalił do Owsiaka, czy uważa „zebrane 36 milionów za sukces, czy może jednak za porażkę”. Wszystkim na sali zrzedły miny jakby ktoś puścił bąka na pogrzebie, Owsiak wyszedł, a pan z telewizji szczęśliwy, że ma coś fajnego i zabłyśnie przed wydawcą. Ja się z kolei cieszę, że Owsiak utrzymał swój pacyfistyczny wizerunek i nie kazał obić obwiesia.

Konferencja WOŚP / fot. jakub Krzeszowski
Konferencja WOŚP / fot. jakub Krzeszowski

Bo nawet gdyby na działalności WOŚP Owsiak zarobił grube miliony to i tak poprę go w kolejnym finale. Ktoś zarzuci mi popieranie korupcji i układów? Rodzina Radyjka Maryjka nakryje mnie moherowymi czapkami? To lepiej nic nie robić? Zamknąć Orkiestrę i oddać dzieciaki w ręce NFZ? Brawo.

Ja się na to zgodzę pod jednym warunkiem – prezesem Orlenu i PGNiG musi zostać najlepszy absolwent ekonomii i zarządzania – władający kilkoma językami, mający pojęcie o prowadzeniu gigantycznych korporacji i legitymujący się MBA. I całkowicie bezpartyjny. Bez układów.

Noworoczne lenistwo

Jak w tytule.

Rozleniwiłem się przez święta. Rodzina, jedzenie, prezenty, jedzenie, znajomi, jedzenie. Jedzenie. Food. Potem był Sylwester i Nowy Rok, który uczciłem ze znajomymi szampanem/winem musującym (nie znalazłem Monsignore i żałuję :P) i resztką jedzenia z Wigilli. Potem nas zasypało i gromadzenie zapasów przez ostatnie dwa tygodnie okazało się zbawienne.

Aha, najważniejsze – z ciekawości zawodowej (oficjalnie)/ zmuszony przez moich przyjaciół (off the record) obejrzałem Koncert Noworoczny Polsatu, Noc Gwiazd, Sylwester Celebrytów, Mówią Wieki Gwiazdy… czy jak tam to się nazywało. Miałem niepowtarzalną okazję przekonać się w jakiej kondycji jest nasza muzyka rozrywkowa. I się nie zawiodłem. Koncert był rewelacyjny. Nigdy muzycy nie wypadli bowiem tak dobrze. Nic dziwnego – ich też ogarnęło noworoczne lenistwo, podobnie jak realizatorów wydarzenia.

Wiadomo – ja się łapie lenia, to się raczej nie lubi niespodzianek, bo mogą zmusić do wykonywania niechcianych czynności. A na koncercie, podczas którego występuje tak wiele artystów (?) o niespodzianki łatwo – ktoś zapomni tekstu, pomyli zwrotkę z refrenem, o fałszowaniu nie wspomnę. Dlatego, żeby wyeliminować tego typu wydarzenia cały koncert poszedł z playbacku. Wyglądało zabawnie. Nawet La Toya Jackson (ktoś ją pamięta? za podanie tytułów jej 10 największych przebojów jest nagroda) nie pomogła.

Teraz zaczynam żałować, że nie wywalczyłem praw do oglądania koncertu Maryli Rodowicz i Dody w TVP2. Nie wiem czy tam również był playback, ale na pewno koncert Dody był przyjemniejszy dla oka niż Maciej Maleńczuk rzępolący na gitarze. I 100-letnia pani Jackson.

Jak donosi jeden z najbardziej opiniotwórczych portali – nie byłem w swojej opinii odosobniony.

Notka dla działu prawnego TV Polsat lub adwokatów gwiazd – gdyby komuś z Was przyszłoby do głowy wybielić się sądowo to zaprzeczam wszystkiemu co napisałem. Powiem, że to nie było noworoczne lenistwo tylko sylwestrowe delirium.

Poza tym są taśmy. Grać z playbacku też trzeba umieć – nie jest to trudne – wystarczy jedynie zsynchronizować ruchy ust. I nie wolno krzyczeć do mikrofonu. A tak poza tym nie ma się czego bać – nawet największym się zdarzało.

Film może się przycinać, za co przepraszam.

Z noworocznymi pozdrowieniami,

Maciej Maląg

Gwiazd(k)ą być…

Sobotni wieczór spędziłem w Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie wiem, czy była to chęć ukulturalnienia się, czy raczej zamazania wspomnień 44-sekundowego kopania i okładania się po mordach na piątkowej gali KSW.

Koniec końców trafiłem na koncert z cyklu „… i Lutosławski” organizowany przez Towarzystwo im. W. Lutosławskiego. Zapowiadał się przyzwoicie – trochę piosenki powstańczej, śpiewanej przez grupę Il Canto w cieniu skrzydeł podwieszonego pod sufitem B-24J Liberator oraz monumentalny „Quatour pour la fin du temps” Oliviera Messiaena. Zwłaszcza ten ostatni zapowiadał się ciekawie ze względu na świetną obsadę. Zespół w składzie Hakan Rosengren (klarnet), Andrzej Bauer (wiolonczela), Jan Broja (fortepian) i Jakub Jakowicz (skrzypce) mieli zagwarantować fantastyczne wykonanie.

Niestety panowie zachowali się skandalicznie i chętnie poprosiłbym Pudziana z Najmanem, żeby przez 44 sekundy lali ich po głowach własnymi instrumentami. Najpierw, nie wiadomo dlaczego, wielka-gwiazda Jakowicz (dwadzieścia parę lat, kilka koncertów ze znanymi ludźmi i Paszport „Polityki” sześć lat temu) nie wiedzieć czemu zbeształ przesympatyczną organizatorkę, która stawała na głowie, żeby wszystko wyszło profesjonalnie (co z resztą jej się udało – czego nie można powiedzieć o muzykach). Potem instrumentaliści z minami, jakby zjedli trufle, które okazały się kozimi bobkami, siedzieli przez dobre parę minut na swoich krzesełkach trzymając w niepewności zgromadzoną na sali liczną publiczność. Dopiero po interwencji organizatora okazało się, że panom przeszkadza delikatnie szumiąca klimatyzacja (która musiała działać, ponieważ w przeciwnym wypadku ludzie by pozamarzali). Jednak przedstawiciel muzeum pokazał przeżuwającym kozie bobki muzykom metaforyczny środkowy palec. Było to jak najbardziej słuszne, ponieważ klimatyzacja mi nie przeszkadza w odbiorze muzyki, za to szronu na spodniach nie lubię.

Po przegranej bitwie o klimatyzację muzycy stwierdzili, że nie będą grać, ponieważ razi ich światło spotlightowe. Gdy zostało wyłączone okazało się, że muzycy nie będą grać, ponieważ mają zbyt ciemno i lampki oświetlające partytury im nie wystarczą. Spisek wymierzony w tych instrumentalistów trwał nadal, ponieważ po wyłączeniu lampa, przed ponownym uruchomieniem musiała się nagrzać.

Przez idiotyczne zachowanie muzyków koncert obsunął się o dobre pół godziny. Zagrali poprawnie, ale bez polotu – ot, chałturka.

W międzyczasie fotograf, który robił dla mnie zdjęcia zastanawiał się kiedy skończy ze smyczkiem wbitym w oko. Jego profesjonalny, pełnoklatkowy Nikon zachowywał się bowiem jak typowy aparat dla zawodowców, wydając z siebie dźwięk migawki, którego nie dało się oczywiście przyciszyć. Myślę, że jego oko uratowała postura i duże gabaryty, a Jakowicz i spółka mając pewnie w pamięci KSW postanowili się nie wychylać.

Może zespół grający Messiaena jest profesjonalny, ale swoim zchowaniem pokazał, że żeby mieć muchy w nosie jak Maria Callas, najpierw trzeba być osobowością jak Callas. I muzykiem jak Callas. Tymczasem „zespół zjadaczy kozich trufli” pokazał, że powinien pograć na weselach. Gdyby na polskiej wsi zachowali się w taki sposób, to jestem przekonany, że bracia panny młodej w 44 sekundy wyperswadowali by im, że jednak powinni zagrać i nie narzekać na światło czy wentylację.