Te kilka słów Hannemanowi się po prostu należy…

2 maja. Dzień Flagi RP. Dzień Polonii i Polaków za Granicą. Imieniny Anatola, czy innego Borysa. Dzień między pierwszym, a trzecim maja czyli okres, w którym Polacy siedzą gdziekolwiek i piją piwo oraz wódę. A potem wracają nawaleni samochodami i dają się złapać po to, żeby inspektor doktor Sokołowski mógł w TVN powiedzieć jak zwiększyły się policyjne statystyki i jak wielka jest skuteczność w zwalczaniu pijanych kierowców.

I to wcale nie jest takie złe. Chociaż znam sposób na skuteczniejsze rozwiązania. Można np. wszystkich wracających przez Łomianki przebadać alkomatem. A tych nawalonych po prostu zastrzelić. Jetem przekonany, że coś takiego byłoby o wiele skuteczniejsze niż podbijanie słupków łapaniem rowerzystów w parku. Jakoś pijany rowerzysta nigdy nie zabił dzieci wjeżdżając w przystanek. Co najwyżej wpadł pod TIR-a i ślad po nim zaginął.

Tak naprawdę powyższy akapit napisałem, ponieważ nie potrafiłem zacząć…

Jeff Hanneman

2 maja świat obiegła smutna  informacja o śmierci Jeffa Hannemana. Jednego z założycieli i liderów legendarnej grupy Slayer. Kiedyś powiedziałem sobie, że nie mam zamiaru pisać nekrologów. Nie jest to ani miłe, ani odkrywcze. Nie pisałem o Michaelu Jacksonie. Ani o Amy Winehouse… Ale Hannemanowi się po prostu należy. Ode mnie. Personalnie. Chociaż już nie słyszy, to chciałem mu za tego Slayera podziękować.

Za riff do „The Antichrist”, który pomimo upływu 30 lat wciąż brzmi świeżo.

Za „At Dawn They Sleep”, który przez wiele lat był koncertowym walcem ostatecznym.

Za „Angel of Death”, „Altar of Sacrifice”, „Postmortem” i „Raining Blood” – bo to utwory, na których wychowały się miliony (MILIONY!) fanów ciężkich brzmień.

Za „South of Heaven”, którego akustyczny wstęp elektryzuje zawsze.

Za „War Ensemble”, który był pierwszym utworem Slayera, jaki usłyszałem.  Świat się wtedy zmienił.

Za „Seasons in the Abyss”, który jest najlepszym utworem Slayera jaki słyszałem. A słyszałem wszystkie.

Za „Divine Intervention”, gdzie oddał pałeczkę kompozytora Kingowi, ale to i tak była niezła płyta.

Za „Undisputed Attitude”, które pokazało, jak należy grać punka.

Za „Diabolus in Musica”, które jest płytą dziwną i jedyną, której w pełni nie rozumiem.

Za „”God Hates Us All” i „Christ Illusion”, ponieważ okazało się, że „Diabolus…” to był jednorazowy skok w bok.

Za „World Painted Blood”, który jest najlepszym thrashowym albumem ostatniej dekady. I niestety ostatnim albumem Slayera. Przynajmniej Slayera jakiego znamy.

Za koncert w Stodole promujący „God Hates Us All”. Najlepszy koncert na jakim byłem w życiu. Slayer! W Stodole. Bez supportu. Ponad dwie godziny gry. Best. Show. Ever.

Za tony świetnych riffów. Dziesiątki solówek. Godziny fantastycznej muzyki.  Za szczerość przekazu i to, że nigdy, przenigdy nie zawiódł swoich fanów.

Ktoś może zarzucić, że mógłbym napisać coś bardziej od serca, ale ja nie piszę pieprzonego pamiętnika. Odszedł od nas kolejny wielki. Dołączył do Chucka Schuldinera i Dimebaga. Pozostawił po sobie muzykę. Slayer przetrwa. Już jest legendą.

Rzekłem.

Chciałbym, żebyście sobie posłuchali. Najlepiej teraz.

R.I.P. Jeff.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Te kilka słów Hannemanowi się po prostu należy…

  1. a gdzie byli jego kumple gdy cierpiał???
    Przecież k… grali razem od bardzo dawna. Nie mogli zawiesić tych p… koncertów. O co tu k…. chodzi??????????????

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s