Lato, zima i Heineken

Na miejscu Agnieszki Olejkowskiej zintensyfikowałbym umizgi w kierunku Zbigniewa Bońka, Romana Koseckiego, a zwłaszcza Zdziśka Kręciny, który jest moim żelaznym faworytem w wyścigu o fotel prezesa PZPN. Nie dlatego, że jest najlepszy – Boże uchowaj! Już Jarosław Gowin lepiej by się sprawdził jako konferansjer na berlińskiej Paradzie Wolności. Dawno natomiast przestałem wierzyć w delegatów mających wpływ na wybór Najwyższego i jestem przekonany, że wybiorą dla siebie bezpiecznie zachowując status quo.

Fot. REUTERS/KACPER PEMPEL
Fot. REUTERS/KACPER PEMPEL

Wracając do pani rzecznik, nazywanej przez dziennikarzy dość protekcjonalnie i bardzo pospolicie Agnieszką… Nigdy nie widziałem tak spapranej konferencji. Olejkowska popełniła chyba wszystkie możliwe wpadki i gafy na jakie może pozwolić sobie rzecznik prasowy. Po czymś tak złym nie wiem czy znajdzie ona zatrudnienie w branży. Ja osobiście nie pozwoliłbym jej nawet napisać notatki wewnętrznej o zepsutej spłuczce w kiblu w obawie, że obrazi pracowników, klientów, kibel i spłuczkę.

Dlatego jej jedyną przyszłością jest trzymanie się stołka w PZPN. Zwłaszcza, że pasuje do tej roli jak oliwka do piersi bohaterek „Słonecznego Patrolu”. Upodobniła się nasza Agnieszka rzecznik do Grzegorza Laty – niestety w zakresie ignorancji, a nie uśmiechu. Tak samo nie widzi problemu w niczym, nie jest w stanie wziąć na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności, a pod względem empatii społecznej może się spokojnie mierzyć z Jerzym Urbanem.

Pomysł PZPN na ocieplenie wizerunku i zatrudnienie atrakcyjnej fizycznie rzeczniczki w miejsce leśnego dziadka legł w gruzach. Jest tak samo zimna jak Lato. Prezes broni się chociaż uśmiechem pełnym implantów i ciepłym nazwiskiem. Olejkowska nie ma nawet tego.

fot.PAP/Grzegorz Michałowski
fot.PAP/Grzegorz Michałowski

Jest po prostu kolejnym trybikiem maszyny, która znów nie zadziałała. I to w sposób dość epicki. Nie mówimy o odwołaniu meczu kadry B z reprezentacją Tadżykistanu tylko najważniejszej (niestety) polskiej reprezentacji z jej arcyrywalem – Anglikami, którzy już teraz nie zostawiają na nas suchej nitki. Jedną imprezą PZPN ryzykował przekreślenie pozytywnego wizerunku, jaki Polska zbudowała podczas EURO.

A skoro przy Anglikach jesteśmy, to nie mogę się doczekać nowego Bonda…

Skyfall wchodzi do kin pod koniec października, a ja od dwóch tygodni siedzę jak na szpilkach. Staram się nie oglądać trailerów, nie czytać recenzji i nie przejmować się purystami krzywiącymi się na to, że Daniel Craig ma pić Heinekena, a nie Martini. Bondy są raz lepsze, raz gorsze, ale w przeciwieństwie do PZPN nie schodzą poniżej pewnego (wysokiego) poziomu.

Wiedzę zależność pomiędzy jakością filmu, a utworem tytułowym. Im lepsza czołówka, tym lepszy Bond. Ta zasada sprawdza się zawsze. Shirley Bassey i Goldfinger, Tom Jones i Thunderball, Paul McCartney & Wings i Live and Let Die, Tina Turner i Goldeneye, Sheryl Crow i Tomorrow Never Dies, Chris Cornell i Casino Royale – to zaledwie kilka z wielu wybitynych połączeń. W wypadku tej serii muzyka i film stanowią kompozycję idealną. Są jak łata i kundelek, jak śledź i wódka, jak Stadion Narodowy i pole ryżowe, jak blondynka i brunetka w jednym łóżku…

Singiel do Skyfall zaśpiewa Adele i jestem tym wyborem zachwycony. Cenię bardzo twórczość Brytyjki – a jej wybór jest o tyle dobry, że koresponduje z „brytyjskością” nowego Bonda. 50 lecie, powrót Q, wiele nawiązań do poprzednich Bondów… Jest tak dobrze, że nawet piwo nie powinno przeszkadzać.

Sam utwór jest genialny. Słychać w nim lata 60-te i  nieodżałowaną Shirley Bassey, klasyczne dźwięki skomponowane przez Moty’ego Normana, strzelającego Dom Perignon i Walthera PPK, ryk silnika Astona Martina, skrzypiący piasek pod stopami Ursuli Andress i Halle Berry… Jednym słowem jest bardziej bondowski niż wódka martini. I to jest dobre. Niestety trochę przaśne chórki pod koniec utworu psują mi całość, ale trudno mnie w pełni zadowolić pod względem muzycznym. Kompozycja jest praktycznie idealna. Przekreślać Skyfall za chórki to jak wyrzucić z łóżka Natalię Siwiec tylko dlatego, że nie ma nic ciekawego do powiedzenia.

Mamy genialny singiel. 26 października przekonamy się czy dostaniemy genialnego Bonda. Sądząc po utworze przewodnim – jak najbardziej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s