Michał Urbaniak – „Myślenie w muzyce nie jest dobre”

Okoliczności powstania tego wywiadu były dość szczęśliwe. Spotkaliśmy się kilka dni przed poniedziałkową odsłoną Urbanator Days (11/12.10.2010, Warszawa, klub Stodoła). Z przydzielonych mi dwudziestu minut zrobiła się godzina, a Michał Urbaniak okazał się być wdzięcznym rozmówcą. I szczerym do bólu, a to ostatnio rzadkość. Mam nieodparte wrażenie, że większość wywiadów z Polskimi artystami zaczyna się i kończy łudząco podobnie do podziękowań na wyborach Miss Świata. Tutaj jest inaczej, a przez to o wiele ciekawiej. 

Profesor Wit powiedział kiedyś, że społeczeństwo głuchnie…

 

Absolutnie się z nim zgadzam. Na głuchych problem się jednak nie kończy… Nie lubię tego słowa w odniesieniu do muzyki, ale produkuje się ludzi, którzy po ukończeniu akademii nie są w stanie spisać melodii z taśmy lub płyty, a gdy zabierze im się nuty przestają grać. To są ci nie-głusi.

Problem leży tylko po stronie kształcenia?

Właśnie nie. Niestety. Publiczność przychodzi do Sali Kongresowej, gdzie gra pięciu murzynów, którzy zaczynają klaskać – audytorium zamiast włączyć się do zabawy boi się zacząć. Nie wie jak, nie czuje rytmu.

Urbanator Days ma być receptą na rozwiązanie tego problemu?

Chciałbym, żeby tak było. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że jest to zaledwie kropla w morzu potrzeb, ale warto spróbować. Ja robię taką anty-szkołę. Urbanator Days to przedsięwzięcia dla tych, którzy nie zdążyli lub nie stać ich na naukę muzyki, która, nie ukrywajmy jest dość kosztowna. Zwłaszcza w takim kraju jak Polska.

Czy warsztaty muzyczne są pełnoprawnym substytutem nauki w Akademii Muzycznej?

Nie do końca. Działamy na trochę innej płaszczyźnie. Robimy strip tease. Wchodzimy na scenę i pokazujemy wszystko od kuchni. Odpowiadamy na pytania, opowiadamy, tłumaczymy. Chcielibyśmy krzyknąć do publiczności: „Hej, zobaczcie jak gramy”. Mamy plan wykonać jeden utwór w różnych stylach. Chcemy pokazać, że jak coś ma dobry rytm i feeling to jest jazzem. Nie lubię szufladkowania i podziału na gatunki. Nie ważne czy gramy raegge, salsę, hip hop, soul czy bluesa… Jak coś ma harmonię, dobry rytm, feeling to jest to jazz.
 

Podczas współpracy z Panem na wielkie muzyczne wody wypłynęło wielu, obecnie światowej sławy muzyków… Takich jak, nie przymierzając, Marcus Miller. Czy podczas Urbanator Days udało się Panu spotkać kogoś wyjątkowego?

Do tej pory wychowaliśmy dwie śpiewaczki i jednego pianistę. Nie jest to może dużo, ale teraz chcemy rozwinąć skrzydła. Widzę ogromne zapotrzebowanie na tego typu eventy.

Najlepsze pokolenie polskiego jazzu wychowało się za komuny. Czy nie jest to dziwne, skoro teraz młodzi ludzie mają olbrzymie możliwości i nic nie stoi im na przeszkodzie, żeby zacząć grać?

Z jednej strony mają łatwiej, ale dla nas jazz, zachodnia muzyka w ogóle była buntem. Jasne – można sobie ściągnąć z sieci całą dyskografię Milesa w ciągu kilkunastu minut. Ale to nie to samo, co zbieranie się przy radio i słuchanie Voice of America. My mieliśmy olbrzymią motywację.

Jak oceni Pan w takim razie obecną kondycję polskiego rynku muzycznego?

Słabo.

Gdzie leży wina? Brak dobrych, artystów? Brak miejsca do grania? Zachowawcze działania wytwórni muzycznych, które wolą wydać płytę pani z okładki kolorowych pism niż nieznanemu muzykowi?

Chyba wszystko po trochu. Jednak nie chcę nikogo oskarżać. Wierzę, że muzyka wybroni się sama. Zwłaszcza ta dobra.
Co do wytwórni, to one nie są po to, żeby propagować muzykę. Są to regularne przedsiębiorstwa stworzone po to, żeby zarabiać pieniądze. Czasami ich działalność idzie w parze z muzyką. Miles jest tego idealnym przykładem. Zazwyczaj jednak nie idzie, ponieważ na końcu siedzi nie krytyk, nie fan muzyki, tylko księgowy, który nuty przelicza na dolary.

Zbojkotował Pan wytwórnie…

Tak. Na dwadzieścia lat. Ostatnio nagrałem płytą dla Sony, sprzedała się bardzo dobrze, co mnie cieszy i teraz przychodzi do mnie facet od nich mówiąc, że boją się nagrywać szmatławce… że wolą zainwestować w jazz czy klasykę, bo to jest długowieczne. Kurcze, kilkadziesiąt lat im to zajęło.

Od lat mieszka Pan w Nowym Jorku. Dlaczego? To trochę naiwne pytanie, ale jaka jest różnica tymi krajami z punktu widzenia muzyka?

Gigantyczna. To nawet nie chodzi o porównanie muzyków, ale o porównanie ludzi. Kiedyś ktoś mi zadał pytanie „Jak amerykanie traktują Polaków?”. Otóż dużo lepiej niż Polacy. W Polsce mamy samych generałów, a nie mamy żołnierzy. Amerykanie za to są pełni pokory, bardzo pracowici i co najważniejsze – po ludzku mili. Z resztą stworzyli demokrację, która funkcjonuje dobrze tylko tam.

Wracając do jazzu…

Wolę określenie „muzyka rytmiczna”. Specjalnie tej nazwy używam, ponieważ bardzo dużo europejskiego jazzu nie jest jazzem. Będę tupał nogą, krzyczał i się przy tym upierał. Jak europejczycy mogą grać dobrze jazz, czy jazz w ogóle, skoro tak mało z nas czuje rytm?
Jazz to rytm i feeling… To muzyka stworzona przez czarnych. Przywiedziona z Afryki i kontynuowana na plantacjach. Jazz to emocje – murzyńscy muzycy zostali zauważeni w czasach prohibicji przez gangsterów i sprowadzeni do ich klubów. Tak się narodził New Orleans Jazz. To jedyny rodzaj sztuki, który Ameryka włożyła w kulturę światową.

Jak wygląda muzyczne szkolnictwo w USA? Jest słynna szkoła w Bostonie, która kształci nie tylko filharmoników.

Jest też Manchattan School of Music, szkola na Florydzie…

U nas chyba jedyną liczącą się szkołą nie-klasyczną jest Wyższa Szkoła Improwizacji i Jazzu w Katowicach. Strach urzędników? Brak wiedzy?

Nie. To chyba nie to – na Urbanator Days dostaliśmy dotacje właśnie od urzędników. Projekt realizowany jest dzięki środkom od Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Zaś co do kształcenia… Zazdroszczę Nigelowi (Kennedy’emu – przyp. red.). Teraz mi opowiada, że w latach 80-tych chodził na moje koncerty. Dla mnie to cudowne – on studiował klasyczne skrzypce jednocześnie grając jazz. Mnie za to bito po łapach. Nie wolno mi było. Teraz po latach tego żałuję – gdyby nie zakazywano mi tego, to byłbym skrzypkiem zarówno jazzowym, jak i klasycznym. Jak Nigel.

Jak się Panu jawi przyszłość muzyki w Polsce?

Nie wiem. Chyba mało kto wie. Trendy minęły. Jest teraz taki mały zastój.

Da się coś nowego jeszcze wymyśleć?  Mix jazzu z hip hopem, czy acid jazz, który ciągle brzmi nowocześnie powstał ponad 20 lat temu…

Dlaczego wymyśleć? Wyczuć… Myślenie w muzyce nie jest dobre. Muzyka płynie z serca. Bodźce zewnętrzne mają na nią wpływ. Otoczenie ma wpływ. Inne utwory powstają na Manhattanie, inne w Warszawie, a jeszcze inne gdy wyjeżdżam do rodziny…
W Europie właśnie za dużo ludzi wymyśla muzykę. W Polsce myślicieli też jest  wielu. Techniczni, szybcy, ale… zaśmiecają rynek. Rytm, feeling, nostalgia, melancholia – to jest jazz. Miles Davis i Kind of Blue.

Według Pańskich słów strasznie źle to wygląda…

Nie. Bez przesady. Jest to mimo wszystko dobry okres dla muzyki, bo wszystko jest dozwolone. Ostatnio czterech chłopaków założyło zespól, który gra jazz bez sekcji rytmicznej (Atom String Quartet – przyp. red.). Ciekawe. Oryginalne.
Inny przykład. Zespół, który gra mazurki pod wodzą Janusza Prusinowskiego – zrobili w kwietniu festiwal i zaprosili osiemdziesięcioletnich dziadków i babcie, którzy grali muzykę ludową. To było niesamowite. Był w tym anty-rytm, a w zasadzie zorganizowane bezrytmie.
Teraz ci młodzi ludzie grają w Carnegie Hall. Klarnet, skrzypce, akordeon i bas i perkusja. Żadne przeróbki, żadne fusion. Ot, kreatywne wykonywanie muzyki ludowej.

Co jest ważniejsze dla muzyka – podążanie z prądem, czy robienie muzyki trochę na bakier?

Nie tędy droga. Należy grac oczywiście swoje, ale nie zapominajmy, że człowiek się z biegiem czasu zmienia.  Jest podatny na wpływy – ja jestem, chociaż mam kolegów, którzy nie są. Nie ważne co się wokół nich dzieje – grają tak samo. Ja tak nie potrafię – gdy wokół mnie grają inaczej, to się trochę dostosowuję. I to nie dlatego, że sobie tak postanowię. Inaczej po prostu nie umiem.

Łączył Pan hip hop z jazzem jako pierwszy, jednak w ogólnej świadomości został Pan wyprzedzony przez Milesa i Us3. Wyprzedził Pan trochę czas? Świat nie był gotowy na Chamelona?

Nigdy tak o tym nie myślałem. Gram to co czuję i nie za bardzo myślę o tym czy wpasowuję się w ogólną estetykę czy nie. Wojciech Karolak kiedyś powiedział, że mój brak estetyki jest nową estetyką. Bardzo mi się to spodobało. Do tej pory mam tak, że pewne rzeczy olewam kosztem egoizmu brzmieniowego. Teraz zabrałem się za Rimsky’ego Korsakova, chociaż nie jestem zwolennikiem przeróbek klasyki. Nie przepadam też za folkiem, a okazuje się, że napisałem ponad dwadzieścia folkowych numerów. Nie myślę o tym.

Wróćmy jeszcze do Urbanator Days. Trudno było zorganizować taką trasę?

Trudno. O wiele łatwiej byłoby zorganizować zwykły koncert. Idea dwóch dni, gdzie pierwszego odbywają się warsztaty, na które wstęp jest wolny, a drugiego odbywa się płatny koncert jest trudna do zrealizowania. Mówiąc wprost – kluby tracą jeden dzień. Ale warto się tego podjąć – utalentowanych analfabetów – w pozytywnym tego słowa znaczeniu – jest dużo. Nie potrafią grać, że robią to, ponieważ kochają muzykę. Dotarcie do takich ludzi jest moim celem. Dlatego już w tej chwili rozważam poszerzenie wszystkiego o internet – chaty, fora. Zobaczymy jak się to wszystko potoczy.

Analfabeta nie umie czytać i pisać. Nuty są ważne?

I tak i nie. Mają zerowy wpływ na muzykę. Nuty to dodatek. Można je porównać do telefonu komórkowego. Ułatwia on porozumiewanie się, jednak możemy rozmawiać bez niego. Oczywiście nuty są najlepszym sposobem na archiwizowanie, notowanie i zapamiętywanie muzyki, ale do grania ich znajomość nie jest konieczna.

Gdyby Urbanator Days odniosły duży sukces rozważy Pan otwarcie w Polsce szkoły?

Nie. Nigdy. Trochę nie wyobrażam sobie życia poza Nowym Jorkiem.

Dlaczego? Co jest takiego niesamowitego w tym mieście – Tomasz Stańko również wypowiada się w podobnym stylu.

Wszystko. Ładowanie baterii. Tempo. Dzień i noc za rogiem grają najlepsi. Broadway. Kina. Premiery. Poza tym to miasto swinguje, rytmizuje, robi muzykę.

A Warszawa?

Słabiutko, przepraszam.

Ja się nie gniewam.

Zacznijmy od tego, że nie wolno się ruszać na koncercie jazzowym. Nie wolno się uśmiechnąć, krzyknąć, klaskać… Na Boga.

Z czego to wynika?

Publiczność jest przyzwyczajona do smutnego, europejskiego jazzu, którego osobiście nie trawię i nie toleruję. Większość ludzi chodzących u nas na koncerty jest niestety nieśmiała i zakompleksiona. Ludzie zapominają, że jazz to muzyka do zabawy, do seksu, do balangi… do życia. Oczywiście, jest tez smutna, melancholijna, ale tu przecież chodzi o emocje. Dlaczego nie wolno ich przeżywać razem?

Amerykanie potrafią się bawić?

Tak. Zdecydowanie, a przy okazji oni mówią o nas fajną rzecz – że Polacy potrafią się śmiać, ale nie potrafią się uśmiechać.
I tu nachodzi mnie jeszcze jedna refleksja dotycząca szkoły, czy to w Polsce czy innym kraju. W momencie kiedy człowiek osiada w jednym miejscu to traci kontakt z, nazwijmy to, muzycznym rynkiem. Chociaż nie podoba mi się to słowo. Gdybym osiadł w jednym miejscu to po pewnym czasie zacząłbym uczyć nie tego co jest, tylko tego co pamiętam, że było. To bez sensu. Zaletą Urbanator Days jest to, że wszyscy występujący ze mną muzycy są aktywni. Przecież większość z nich gra na co dzień z Amy Winehouse. Troy Miller, Xantone Blacq, Femi…

Kim jest Femi?

Femi to Nigeryjczyk, który mieszka od lat w Anglii. Dla mnie objawienie. Taki afrykański George Benson. Fenomenalny.

Jak doszło do Waszej współpracy?

To w sumie ciekawe. Poznałem go w Warszawie, gdy wybrałem się na koncert jednego z chórów gospel. Śpiewało około dziesięciu osób. Za to całą muzykę zrobił im jeden skromny chłopaczek siedzący z gitarą i laptopem. Cały koncert siedziałem jak na szpilkach, żeby pod koniec polecieć do niego i zapytać jak się nazywa i jaki jest do niego kontakt.

Kolejne wielkie odkrycie Urbaniaka?

Tak. Sto procent. Chociaż później zabił mnie Troy (Miller – przyp. red.). Pyta się: „Skąd go znasz?”. Więc opowiadam, a on na to: „No to fajnie, ale wiesz, że on też z Amy gra?”. Sama muzyka tym kieruje.
Cieszę się, że go mam w zespole. Gitara jest tak specyficznym instrumentem… Tak mocnym.. To królewski instrument, który zwłaszcza w fusion rzutuje na wszystko.

Mówił Pan o wykorzystywaniu internetu. Na ile nowe technologie zmieniły Pańskie podejście do muzyki?

Uwielbiam technikę! Moim pierwszym komputerem do robienia muzyki był Commodore 64. Byłem z w Hamburgu u człowieka, który stworzył później Logic Audio. Wtedy się to nazywało Creator. Miał na stole kupę kabli, fajnie to wyglądało. Parę miesięcy później miałem złożony sprzęt. Od tego czasu jestem absolutnym fanatykiem komputerów i internetu. Chociaż są minusy, bo złapałem się na tym, że za dużo czasu spędzam w sieci. Mam za dużo domen, adresów email… Trochę przesadziłem. Ale to nie jest dziwne – jestem człowiekiem przesady.
Ale wykorzystywanie nowych technologii przez Urbanator Days jest moim zdaniem naturalne. Chciałbym dotrzeć do młodych ludzi. Nie tylko do miłośników jazzu. Niedługo zmienimy nazwę na UrbDayz. Chcemy, żeby hiphopowy też przyszli. Lubię tą muzykę. Współpracuję z O.S.T.R.-em, którego uważam za świetnego muzyka. Docelowo chcę zapraszać różne zespoły, grające różne gatunki muzyczne. Kierowanie tym przez internet jest najłatwiejsze.

Według wielu purystów komputery zabijają muzykę.

Nie zgadzam się. Komponuję na komputerze. Tak jest po prostu łatwiej i szybciej.  Nagrywam jednak z orkiestrą, prawdziwymi ludźmi. Muszę jednak przyznać, że są niektóre sample, których nie można odegrać na niczym innym. Dlatego laptopa zabieram czasami nawet na estradę.
Na komputerze nagrałem również cztery płyty. Nawet nie dotknąłem wtedy skrzypiec. Czułem się jak Einstein.

Jest Pan jedynym Polakiem, który nagrywał z Milesem. Jak wyglądała ta współpraca?

Była wyjątkowa. Przychodzę do studia i widzę mój zespół, z którym dwa tygodnie temu grałem koncert. Pytam się: „Co mam nagrać?”. „To i to”. Nagrałem w pół godziny. Marcus Miller posłuchał, powiedział, że jest cool i… to by było na tyle. Na drugi dzień rano byłem zaproszony do tego samego studia na zamkniętą sesję. Miles był w środku. Markus i goście z Warner Brothers też. Miles wskazał mnie palcem i zapytał tym swoim ochrypłym głosem: „Kto to jest?”. Pokazali, że skrzypce. Wtedy się wytoczył powoli zza konsolety, popatrzył, skinął głową i powiedział tylko „yeah”. I wtedy sobie uświadomiłem, że grałem z Milesem. Teraz osobie postronnej słucha się tej historii trochę dziwnie, ale było to niesamowite przeżycie. Potem mi jakieś akordy pokazywał na fortepianie, ale ja byłem już w  innym świecie. Koniec końców zaprosił mnie na koncert następnego dnia.
Przyszedłem jako widz. Miles podbiega i pyta: „Where is Your violin?”. „Home”. „Then go and get it”. Cóż pozostawało – taksówka, dom, taksówka, koncert. Okazało się, że Miles pozwolił sobie na zabawę, a w zasadzie na fanaberię. Podczas tego show przesłuchiwał gitarzystów do zespołu. Samych największych – Stern, Scotfield, Lucas. Wszyscy na baczność i żadnych nut – tylko muzyka. Cały Miles… On i jego nieuzasadnione nuty w akordach. Tylko on mógł zrobić przesłuchanie na oczach trzech i pół tysiąca ludzi. Geniusz. Jego muzyka jest ponad nutami.

Dziękuję za rozmowę.

——————————-

Specjalne podziękowania dla Doroty Palmowskiej i Pinky za umożliwienie zrealizowania tego wywiadu.

I na sam koniec ten, który cały czas przewijał się podczas rozmowy:

 Profesor Antoni Wit powiedział kiedyś, że społeczeństwo głuchnie…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s