Prawda o Polakach…

Dzisiaj krótko.

Obejrzałem z wielką przyjemnością wczorajszy wywiad Elżbiety Bieńkowskiej z Kamilem Durczokiem. Z wielką odrazą za to przeczytałem dzisiejsze komentarze przypisujące jej całe zło tego świata i zarzucające znieczulicę na los biednych ludzi zamarzających w pociągach stojących w polskim szczerym polu. Komentarze jedynej słusznej, moralnej, etycznej, ludzkiej i przyjacielskiej prasy prawicowej oczywiście ignoruję, bo nie interesuję się głosami niespełnionych ludzi gryzących ze zgryzoty po kostkach cały świat, za to, że nikt oprócz Macierewicza nie docenił ich intelektu i zajebistości. Jednak to, na co pozwoliły sobie internety i pozostałe media pędzące za tematem, który żre jest zdecydowanie nie na miejscu.

Obrazek

Niestety żyjemy w społeczeństwie debili, szyderców i ludzi, którzy sto razy bardziej wolą kogoś skrytykować, niż docenić. To nas różni od cywilizowanych krajów. To powoduje, że jesteśmy zaściankiem. Wrzodem na dupie Zachodniej Europy, wysyłającym na salony Zawiszów, Czarneckich i innych oszołomów. Dającym prawo głosu i przewodnictwo w komisjach (ach ta demokracja) ludziom, którzy gadają jakby jechali na proszkach silniejszych od tych, które zażywał Jordan Belfort.

Jestem przekonany, że gdyby teraz zabrać dziennikarzy chwytających za słowa panią minister na kawę, lunch, papierosa czy co tam jeszcze – to każdy bez wyjątku przyznałby jej rację.

Przyszła zima, od kilku dni jest minus parę stopni, odczuwalne minus kilkanaście, zamiast śniegu pada deszcz, który od razu zamarza, kierowcy powodują wypadki, bo przecież prawdziwy Polak zmienia opony na zimowe dopiero przy minus trzydziestu, a tak w ogóle to się boi jeździć, więc pije lufę na odwagę zanim wsiądzie za kółko…

Mam z wczorajszą wypowiedzią Bieńkowskiej to samo co ze słynnym wywiadem premiera Cimoszewicza o powodzianach. Wywiadem, który zatopił i SLD i samego oratora. Jednak miał rację – dlaczego Państwo ma płacić za to, że ludzie, którzy żyją na terenach zalewowych nie pomyślą o tym, żeby wydać kilkaset złotych na to, żeby się ubezpieczyć? Dlaczego z moich podatków mają iść na to pieniądze?

Nie ukrywam, że mam do pani minister słabość. Wynika ona, oprócz jej oczywistych walorów fizycznych, z tego, że jest jednym z nielicznych ludzi na naszej scenie politycznej, która ma na tyle jaj, żeby powiedzieć prawdę. I stwierdza fakt – mamy zimę. Śnieg, mróz i setki kilometrów linii kolejowych. Nie na wszystko da się reagować z prędkością światła. Też uważam, że polskie koleje są beznadziejne, wolne, mają zapchane sracze i śmierdzą. Jednak zwalanie winy na panią minister za to, że kilka pociągów się opóźniło? Proszę Was!

Powiedziała prawdę! Get over it!

Obrazek

P.S. Z niechęcią muszę stwierdzić, że (pomimo moje sympatii) premier Tusk jest dupa, że przeprasza. Tu nie ma za co przepraszać. PR-owca, który mu to doradził powinien za to wylać na zbity pysk. Lub kazać mu jeździć PKP.

Miliony Polaków nie mogą się mylić

No tak… Spełnił się mokry sen Sergiusza Ryczela. Ciągnąca się przez ostatni rok saga transferowa „Robert Lewandowski przechodzi do Bayernu Monachium” szczęśliwie znalazła swoje zakończenie. Z happy endem. Robert Lewandowski rzeczywiście przeszedł do Bayernu i jako pierwszy polski piłkarz (nie licząc bramkarzy) od czasów Zbigniewa Bońka zagra w jednym z najsilniejszych, o ile nie najsilniejszym klubie świata. Uszczęśliwił przy tym wiele osób:

1. Cieszy się przede wszystkim sam Robert i ma z czego – Borussia to fajna drużyna, ale teraz ma szansę zostać najlepszym wśród najlepszych. Pep Guardiola mu trochę ułatwił sprawę – w Monachium czeka już na niego jego ulubiony asystent z Dortmundu.

Image

2. Z oczywistych względów cieszą się doradcy Roberta. Na ich miejscu też bym się cieszył. Muszę w tym miejscu posypać głowę popiołem, bowiem przez moment (dłuższy) wątpiłem w profesjonalizm Cezarego Kucharskiego. Opchnąć do innego klubu napastnika strzelającego cztery gole Realowi, do tego z wygasającym kontraktem to nie sztuka. Ale zagwarantować mu jeden z wyższych kontraktów w Bayernie Monachium to rzecz mistrzowska.

2. Władze Bayernu się cieszą, bo za darmo pozyskali napastnika gwarantującego dwadzieścia goli w sezonie.

3. Władze BVB też się cieszą, że ta medialna szopka znalazła swój koniec i mogą powoli myśleć o budowaniu drużyny na nowy sezon.

4. Cieszą się polscy dziennikarze, bo będą mieli o czym pisać przez następne lata.

5. Wreszcie cieszą się polscy kibice, bo jednak Polak potrafi – wykiwał Niemca, co oszukać chciał Polaka i podwyżki długo nie dawał.

Fakt, że będzie Polak grał u Nowego Niemca nie ma znaczenia. Nie ma też znaczenia, że ten Nowy Niemiec, to kiedyś był kwintesencją okupanta Niemca. To u Nowego Niemca grali Sepp Maier, który zatrzymał Latę w 1974 oraz Gerd Mueller, który w „meczu na wodzie” zatopił drużynę Kazimierza Górskiego…

Teraz jest jednak inaczej. To już nie jest zły Bayern, w którym grali naziści i esesmani (Effenberg, Jancker), alkoholicy (Basler, Strunz), psychopaci (Kahn), podrywacze cudzych żon (Matthaeus), chamy (Jeremies) i generalnie piłkarze źli, brzydcy, toporni, wygrywający tylko dzięki szczęściu i sędziom. Co to to nie… Teraz Bayern jest sexy jak brzuch CR7 i oczy Olivii Wilde w jednym. Ma sexy trenera, sexy piłkarzy, sexy stadion, sexy budżet… wszystko sexy. Wszyscy piłkarze ładni, mili, eleganccy, bogaci… generalnie idealny materiał na przyszłych zięciów. Mówi się, że jeden obraz wart jest więcej niż 1000 słów…

Bitte schön:

Image

Te kilka słów Hannemanowi się po prostu należy…

2 maja. Dzień Flagi RP. Dzień Polonii i Polaków za Granicą. Imieniny Anatola, czy innego Borysa. Dzień między pierwszym, a trzecim maja czyli okres, w którym Polacy siedzą gdziekolwiek i piją piwo oraz wódę. A potem wracają nawaleni samochodami i dają się złapać po to, żeby inspektor doktor Sokołowski mógł w TVN powiedzieć jak zwiększyły się policyjne statystyki i jak wielka jest skuteczność w zwalczaniu pijanych kierowców.

I to wcale nie jest takie złe. Chociaż znam sposób na skuteczniejsze rozwiązania. Można np. wszystkich wracających przez Łomianki przebadać alkomatem. A tych nawalonych po prostu zastrzelić. Jetem przekonany, że coś takiego byłoby o wiele skuteczniejsze niż podbijanie słupków łapaniem rowerzystów w parku. Jakoś pijany rowerzysta nigdy nie zabił dzieci wjeżdżając w przystanek. Co najwyżej wpadł pod TIR-a i ślad po nim zaginął.

Tak naprawdę powyższy akapit napisałem, ponieważ nie potrafiłem zacząć…

Jeff Hanneman

2 maja świat obiegła smutna  informacja o śmierci Jeffa Hannemana. Jednego z założycieli i liderów legendarnej grupy Slayer. Kiedyś powiedziałem sobie, że nie mam zamiaru pisać nekrologów. Nie jest to ani miłe, ani odkrywcze. Nie pisałem o Michaelu Jacksonie. Ani o Amy Winehouse… Ale Hannemanowi się po prostu należy. Ode mnie. Personalnie. Chociaż już nie słyszy, to chciałem mu za tego Slayera podziękować.

Za riff do „The Antichrist”, który pomimo upływu 30 lat wciąż brzmi świeżo.

Za „At Dawn They Sleep”, który przez wiele lat był koncertowym walcem ostatecznym.

Za „Angel of Death”, „Altar of Sacrifice”, „Postmortem” i „Raining Blood” – bo to utwory, na których wychowały się miliony (MILIONY!) fanów ciężkich brzmień.

Za „South of Heaven”, którego akustyczny wstęp elektryzuje zawsze.

Za „War Ensemble”, który był pierwszym utworem Slayera, jaki usłyszałem.  Świat się wtedy zmienił.

Za „Seasons in the Abyss”, który jest najlepszym utworem Slayera jaki słyszałem. A słyszałem wszystkie.

Za „Divine Intervention”, gdzie oddał pałeczkę kompozytora Kingowi, ale to i tak była niezła płyta.

Za „Undisputed Attitude”, które pokazało, jak należy grać punka.

Za „Diabolus in Musica”, które jest płytą dziwną i jedyną, której w pełni nie rozumiem.

Za „”God Hates Us All” i „Christ Illusion”, ponieważ okazało się, że „Diabolus…” to był jednorazowy skok w bok.

Za „World Painted Blood”, który jest najlepszym thrashowym albumem ostatniej dekady. I niestety ostatnim albumem Slayera. Przynajmniej Slayera jakiego znamy.

Za koncert w Stodole promujący „God Hates Us All”. Najlepszy koncert na jakim byłem w życiu. Slayer! W Stodole. Bez supportu. Ponad dwie godziny gry. Best. Show. Ever.

Za tony świetnych riffów. Dziesiątki solówek. Godziny fantastycznej muzyki.  Za szczerość przekazu i to, że nigdy, przenigdy nie zawiódł swoich fanów.

Ktoś może zarzucić, że mógłbym napisać coś bardziej od serca, ale ja nie piszę pieprzonego pamiętnika. Odszedł od nas kolejny wielki. Dołączył do Chucka Schuldinera i Dimebaga. Pozostawił po sobie muzykę. Slayer przetrwa. Już jest legendą.

Rzekłem.

Chciałbym, żebyście sobie posłuchali. Najlepiej teraz.

R.I.P. Jeff.

Lato, zima i Heineken

Na miejscu Agnieszki Olejkowskiej zintensyfikowałbym umizgi w kierunku Zbigniewa Bońka, Romana Koseckiego, a zwłaszcza Zdziśka Kręciny, który jest moim żelaznym faworytem w wyścigu o fotel prezesa PZPN. Nie dlatego, że jest najlepszy – Boże uchowaj! Już Jarosław Gowin lepiej by się sprawdził jako konferansjer na berlińskiej Paradzie Wolności. Dawno natomiast przestałem wierzyć w delegatów mających wpływ na wybór Najwyższego i jestem przekonany, że wybiorą dla siebie bezpiecznie zachowując status quo.

Fot. REUTERS/KACPER PEMPEL
Fot. REUTERS/KACPER PEMPEL

Wracając do pani rzecznik, nazywanej przez dziennikarzy dość protekcjonalnie i bardzo pospolicie Agnieszką… Nigdy nie widziałem tak spapranej konferencji. Olejkowska popełniła chyba wszystkie możliwe wpadki i gafy na jakie może pozwolić sobie rzecznik prasowy. Po czymś tak złym nie wiem czy znajdzie ona zatrudnienie w branży. Ja osobiście nie pozwoliłbym jej nawet napisać notatki wewnętrznej o zepsutej spłuczce w kiblu w obawie, że obrazi pracowników, klientów, kibel i spłuczkę.

Dlatego jej jedyną przyszłością jest trzymanie się stołka w PZPN. Zwłaszcza, że pasuje do tej roli jak oliwka do piersi bohaterek „Słonecznego Patrolu”. Upodobniła się nasza Agnieszka rzecznik do Grzegorza Laty – niestety w zakresie ignorancji, a nie uśmiechu. Tak samo nie widzi problemu w niczym, nie jest w stanie wziąć na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności, a pod względem empatii społecznej może się spokojnie mierzyć z Jerzym Urbanem.

Pomysł PZPN na ocieplenie wizerunku i zatrudnienie atrakcyjnej fizycznie rzeczniczki w miejsce leśnego dziadka legł w gruzach. Jest tak samo zimna jak Lato. Prezes broni się chociaż uśmiechem pełnym implantów i ciepłym nazwiskiem. Olejkowska nie ma nawet tego.

fot.PAP/Grzegorz Michałowski
fot.PAP/Grzegorz Michałowski

Jest po prostu kolejnym trybikiem maszyny, która znów nie zadziałała. I to w sposób dość epicki. Nie mówimy o odwołaniu meczu kadry B z reprezentacją Tadżykistanu tylko najważniejszej (niestety) polskiej reprezentacji z jej arcyrywalem – Anglikami, którzy już teraz nie zostawiają na nas suchej nitki. Jedną imprezą PZPN ryzykował przekreślenie pozytywnego wizerunku, jaki Polska zbudowała podczas EURO.

A skoro przy Anglikach jesteśmy, to nie mogę się doczekać nowego Bonda…

Skyfall wchodzi do kin pod koniec października, a ja od dwóch tygodni siedzę jak na szpilkach. Staram się nie oglądać trailerów, nie czytać recenzji i nie przejmować się purystami krzywiącymi się na to, że Daniel Craig ma pić Heinekena, a nie Martini. Bondy są raz lepsze, raz gorsze, ale w przeciwieństwie do PZPN nie schodzą poniżej pewnego (wysokiego) poziomu.

Wiedzę zależność pomiędzy jakością filmu, a utworem tytułowym. Im lepsza czołówka, tym lepszy Bond. Ta zasada sprawdza się zawsze. Shirley Bassey i Goldfinger, Tom Jones i Thunderball, Paul McCartney & Wings i Live and Let Die, Tina Turner i Goldeneye, Sheryl Crow i Tomorrow Never Dies, Chris Cornell i Casino Royale – to zaledwie kilka z wielu wybitynych połączeń. W wypadku tej serii muzyka i film stanowią kompozycję idealną. Są jak łata i kundelek, jak śledź i wódka, jak Stadion Narodowy i pole ryżowe, jak blondynka i brunetka w jednym łóżku…

Singiel do Skyfall zaśpiewa Adele i jestem tym wyborem zachwycony. Cenię bardzo twórczość Brytyjki – a jej wybór jest o tyle dobry, że koresponduje z „brytyjskością” nowego Bonda. 50 lecie, powrót Q, wiele nawiązań do poprzednich Bondów… Jest tak dobrze, że nawet piwo nie powinno przeszkadzać.

Sam utwór jest genialny. Słychać w nim lata 60-te i  nieodżałowaną Shirley Bassey, klasyczne dźwięki skomponowane przez Moty’ego Normana, strzelającego Dom Perignon i Walthera PPK, ryk silnika Astona Martina, skrzypiący piasek pod stopami Ursuli Andress i Halle Berry… Jednym słowem jest bardziej bondowski niż wódka martini. I to jest dobre. Niestety trochę przaśne chórki pod koniec utworu psują mi całość, ale trudno mnie w pełni zadowolić pod względem muzycznym. Kompozycja jest praktycznie idealna. Przekreślać Skyfall za chórki to jak wyrzucić z łóżka Natalię Siwiec tylko dlatego, że nie ma nic ciekawego do powiedzenia.

Mamy genialny singiel. 26 października przekonamy się czy dostaniemy genialnego Bonda. Sądząc po utworze przewodnim – jak najbardziej.

Tango down (ACTA)

Po raz kolejny okazało się, że dobry i przemyślany PR Platformy Obywatelskiej to mit.

W ciągu kilkunastu dni rząd PO-PSL dwukrotnie popisał się brakiem jakiegokolwiek empatii serwując nam najpierw ustawę refundacyjną, a teraz porozumienie ACTA. O tej pierwszej pisać nie zamierzam, bo chyba wszystko zostało już powiedziane. Bardziej martwi mnie fakt, że w demokratycznym kraju, za naszymi plecami i w całkowitej tajemnicy toczą się prace nad projektami wpływającymi w poważnym stopniu na życie każdego z nas. Planowane podpisanie porozumienia ACTA i sposób przygotowania tego dokumentu budzi moje obawy, podobnie jak większości komentatorów i internautów – grupy mogącej najbardziej odczuć jego skutki.

Release the Kraken - Stop ACTA
Release the Kraken – Stop ACTA

Ogólne założenie ACTA – ochrona własności intelektualnej, walka z piractwem i zalewającymi (?) rynek podróbkami są słuszne. Jednak sposób, w jaki tekst został przygotowany – przez wąską grupę osób, bez jakichkolwiek konsultacji społecznych, utrzymywanie postępu prac w ścisłej tajemnicy – jest skandaliczny. Reakcja internautów w postaci blokowania stron rządowych może być przesadzona, może nie być skuteczna (i w czwartek ACTA zostanie podpisana), ale zwraca uwagę na sposób, w jaki politycy pracują. Wybierają sobie za partnerów wielkie korporacje i koncerny kompletnie ignorując fakt, że mandatu do rządzenia nie dały im RIAA, Universal czy grupa bliżej nieokreślonych inwestorów dysponujących miliardami dolarów, tylko miliony osób, które poszły do wyborów. Rządzący zdają się czasem (często?) zapominać, że nie istnieje monarchia i władza absolutna – ich mandaty wygasną za kilka lat i o tym internetowi aktywiści starają się im przypomnieć.

Dwa główne założenia ACTA – wspomniane przeze mnie walka z piractwem/podróbkami oraz ochrona własności intelektualnej mogą brzmieć dobrze, ale niestety nie brzmią. A na pewno nie w tej formie. Pomijam fakt, że każdy kraj dążący do podpisania tego porozumienia dysponuje stosownymi przepisami. Jest prawo autorskie, są znaki towarowe… jest nawet międzynarodowa współpraca w ściganiu firm podrabiających towary. Minister Boni bagatelizując wczoraj reakcję internautów zauważył, że przecież podpisanie ACTA de facto nic nie zmieni. To ja się pytam po co w takim razie nic niezmieniający dokument podpisywać?

Największe obawy (oprócz wspomnianego przeze mnie sposobu prac nad dokumentem, który uważam za skandaliczny i łamiący chyba wszystkie normy obowiązujące w demokratycznym społeczeństwie) budzi całkowita nieostrość regulacji dająca olbrzymie pole do nadużyć. Zwłaszcza w Internecie.

Regulacje dające możliwość nakazu zamknięcia stron internetowych czy portali wydane przez właścicieli praw autorskich bez procesu sądowego wbrew słowom polityków nie przyczynią się do poprawy sytuacji artystów/wynalazców.  Przerzucenie na dostawców Internetu obowiązku monitorowania każdego internauty nie ochroni nikogo – ograniczy tylko naszą wolność. To trochę tak, jakby rząd nakazał poczcie otwieranie naszej korespondencji. Tak kiedyś było. W innym systemie. Obaliliśmy ten system.

Internautów nie da się oszukać – to nie tępy motłoch oddający głosy za kiełbasę wyborczą i obietnicę, że będzie lepiej. To młodzi i wykształceni ludzie potrafiący poruszać się w sieci lepiej niż politycy. Duża ich liczba to ludzie urodzeni w latach 90-tych w Internecie wychowani, dla których sieć jest drugim domem. Domem, który teraz chcą im może nie zabrać, ale na siłę przebudować.

Motor napędowy ACTA, SOPA, PIPA i szeregu innych inicjatyw – wielkie wytwórnie filmowe, muzyczne czy instytucje zajmujące się ochroną praw wydawcow muzycznych (RIAA) to instytucje przestarzałe, które nie są się w stanie odnaleźć w XXI wieku. Świadczą o tym ich nerwowe ruchy i całkowicie skostniała decyzyjność występująca zawsze pod postacią działań siłowych. Lobbują za ochroną własności intelektualnej i zwalczania piractwa. Jednak nie chcą zauważyć, że w obecnej formie są już do niczego niepotrzebne. Dwie najbardziej zainteresowane strony w postaci twórców i odbiorców doskonale się w Internecie odnalazły. Paradoksem jest, że chociaż wytwórnie od dawna lamentują nad spadkiem sprzedaży płyt, nad piractwem, złodziejstwem i kradnącymi dorobek artystów internautami to ostatnie lata dzięki takim  serwisom jak Youtube, Facebook czy Myspace przyniosły największy rozwój muzyki od lat. Po prostu stało się to, co z innymi gałęziami gospodarki  – skrócił się łańcuch dystrybucji.

Wytwórnie jednak nie chcą się z tym pogodzić. Z rozrzewnieniem wspominają XX wiek, gdy były absolutnymi monopolistami. Bez ich zgody i pieniędzy nie było możliwości nagrania i sprzedania jakiejkolwiek płyty. Studia nagrań były za drogie, a system dystrybucji kontrolowany przez nie  w stu procentach.

Czasy się jednak zmieniły. Pojawiły się rozwiązania cyfrowe, przystępne ceny programów do rejestracji dźwięku  takich jak Logic czy Cubase, relatywnie niedrogi sprzęt nagraniowy, wreszcie bezpłatne serwisy promujące młode zespoły. Wytwórnie przestały być niezbędne zarówno przy produkcji, jak i dystrybucji. Artyści nauczyli się bardzo szybko, że żeby wyżyć należy przewartościować sposób zarabiania na muzyce. O ile jeszcze w latach 80-tych trasa koncertowa promowała płytę i zachęcała do jej kupowania, to obecnie płyta jest tylko i wyłącznie multimedialną informację o tym, że dany artysta wkrótce ruszy w trasę koncertową. Zespoły zarabiają na koncertach i gadżetach. Płyta służy tylko i wyłącznie do ich promocji.

Gdzie tu pieniądze dla pośrednika, jakim jest wytwórnią? Chodzi o to, że nigdzie. Bez pójścia z duchem czasu i przewartościowania sposobu myślenia o sposobie prowadzenia działalności wytwórnie dążąc do zysku doprowadzą do gigantycznej wojny w sieci. Wojny, w której nie będzie zwycięzców. Internet jest tworem stale się zmieniającym, ale dość harmonijnym. Jakakolwiek próba zmienienia go na siłę, doprowadzi do efektu motyla, przy którym El Nino to lekka bryza.

Próby wymuszenia na politykach wprowadzenia rozwiązań siłowych w postaci ACTA, SOPA czy PIPA przyniosą więcej strat niż korzyści. Piractwa i tak nie ukrócą – serwery przeniosą się do krajów, które „własność intelektualną” mają w poważaniu – np. do Chin czy Rosji i żaden, nawet najbardziej spektakularny akt nie pomoże. Doprowadzić mogą za to do reakcji potężnych serwisów pokroju Google. Wystarczy pomyśleć co się stanie, gdyby kalifornijski gigant na miesiąc zmienił swój mechanizm wyszukiwania banując słowa kluczowe „RIAA”, „Universal”, „Warner Music” czy „[tu wstaw nazwę partii politycznej]”.

Jedynym rozwiązaniem zdaje się być wymyślenie nowego systemu ochrony własności w sieci, przekonanie internautów do tego, że za niektóre towary warto płacić. Na razie przekonuje się ich tylko o pazerności wytwórni. Chcą nas zmusić do płacenia za wszystko jednocześnie oczekując, że za darmo będziemy na swoich stronach, blogach czy forach zamieszczać trailery nowych filmów czy single z nowych albumów. To znaczy, że trailer filmu, czy materiał promocyjny nie jest własnością intelektualną?

W żadnym stopniu nie popieram internetowej samowolki – rację ma Wojciech Orliński pisząc w polemice z Jackiem Żakowskim, że „świat całkowicie bezkarnego piractwa będzie światem bez umów, bez zaliczek i bez wydawców. A więc będzie to także świat bez Beatlesów i bez Beethovena. A także najprawdopodobniej bez Żakowskiego – bo jakoś nie wierzę w to, że z jednakowym entuzjazmem brałby się do pisania za darmo na blogu.”

Jednak mimo wszystko tak poważne problemy, obejmujące swoim zasięgiem tak duże grupy ludzi powinny być opracowywane przez zespoły eksperckie i konsultowane z wieloma środowiskami. Przede wszystkim w sposób jawny, a nie po cichu, w tajemnicy.

Tym sposobem wracamy do polityków, dla których współpraca z bogatymi molochami może być kusząca. Jednak powinni to mimo wszystko przekalkulować. Okazać się może, że zyski ze takiej współpracy w porównaniu z porażką w kolejnych wyborach mogą się nie opłacić. I w tym cała nadzieja, paradoksalnie polegająca na wierze, że politycy wykażą się cechą której mieć nie powinni.

Nazywam się P. Łukasz P.

Zbulwersował mnie dzisiejszy wywiad w Przeglądzie Sportowym z Łukaszem Piszczkiem – obrońcą pewnie zmierzającej po mistrzostwo Niemiec Borussii Dortmund i, chcąc nie chcąc, reprezentacji Polski.

Dla przypomnienia – Piszczek został nową gwiazdą telenoweli zwanej „aferą korupcyjną” w polskiej piłce. Piłkarz usłyszał niedawno wyrok sądu skazujący go na rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata, zwrot premii za mistrzostwo Polski i 100 tys złotych grzywny  za ustawienie meczu ekstraklasy między Zagłębiem Lubin, a Cracovią. W prasie się zagotowało, a piłkarz?

Obraził się i jest rozżalony na dziennikarzy, działaczy, trenerów, śledczych i internautów. Bo pokazują go z paskiem na oczach, choć przestępcą się nie czuje, bo Wojciech Petkowicz, rzecznik dyscypliny PZPN chce, żeby nie dostawał powołań do kadry, bo on sprzedał mecz kiedy był młody i tylko trochę sprzedał, a bardziej starszyzna drużyny, z którą bał się zadzierać, bo wcale nie dostał największego zarzutu, a uznają go za największe zło… itp. itd.

Łukasz Piszczek
Łukasz Piszczek

Żenada, wiocha i lamerstwo panie Piszczek.

Po pierwsze nigdy Pan w tej kadrze zagrać nie powinien. Z zasady. Prezesi i właściciele klubów, jako instytucji prywatnych mogą zatrudniać kogo chcą, nawet oszustów, ale selekcjoner reprezentacji Polski to osoba publiczna, a kadra którą prowadzi to drużyna szczególna, ponieważ reprezentująca nasz kraj. Dlatego nie powinno być w niej miejsca na osoby sprzedające mecze. Bo jaką mam pewność, że Piszczek nie sprzeda meczu o wyjście z grupy na EURO 2012? Reprezentacja powinna być dożywotnio zamknięta dla kogokolwiek z wyrokiem za przestępstwa korupcyjne.

Poziomu sportowego to nie obniży, ponieważ piłkarze w niej grający są ciency jak stringi striptizerki, a da szansę ludziom, którzy naprawdę na poważnie traktują swoją pracę.

Ja mam pomysł na walkę z korupcją – każdemu piłkarzowi z prawomocnym wyrokiem dołożyć pięcioletni zakaz gry w profesjonalną piłkę. To wystarczy.

Wywiad przeczytacie tutaj.

Moda na retro? Dziękuję, postoję…

Bardzo mnie zaciekawił wczorajszy artykuł. Komputerowy gigant lat 80-tych, amerykański Commodore, wskrzesza swój flagowy projekt, legendę ery ośmiobitowców, mokry sen każdego chłopca urodzonego w okolicy roku 1980 – szare pudełko z symbolem C64.

Commodore 64
Commodore 64

 Wedle zapewnień producenta wszystko poszło z duchem czasu – do oldschoolowej, szarej obudowy dodano czytnik DVD, terabajtowy dysk twardy, miliard wejść USB i HDMI, procesor Intel® Atom D525 1.80GHz i grafikę od NVIDIA (słabą, bo słabą ale na Defenders of the Crown wystarczy). Nie zabrakło również tego, co przez długie lata decydowalo o sukcesie dzieła Jacka Tramiela – oprogramowania gier. Wedle producenta na dysku o pojemności 1TB znajdą się „wszystkie nasze ulubione gry ery 8-bitów”. W sumie nie dziwne – zmieściłyby się na karcie pamięci mojego smartphone’a i to nie dlatego, że grałem w niewielką ilośc tytułów.

I tu zaczyna się moje kręcenie nosem. Okazuje się, że za 200 dolarów (lub 900 w wersji full wypas – z czytnikiem BR etc.) producent oferuje pokoleniu trzydziestolatków całe ich komputerowe dzeciństwo. Wszystko w klasycznej oprawie, lekko latwo i przyjemnie. Tak się nie da.

Po pierwsze dlatego, że gry ery 8-bit to coś więcej niż „włóż płytkę i graj”. To problemy ze sprzętem, zawieszanie się komputerów przy wgrywaniu gier z magnetofonu (stacja dysków do C64 powodowała, że jej posiadacz stawał się automatycznie najbardziej lubianą i wpływową osobą w podstawówce), przegrywanie gier od kolegów, jeżdżenie do Składnicy Harcerskiej, Smyka lub na Pl. Grzybowski, żeby kupić kasety/dyskietki z wymarzonymi grami, momenty rozpaczy, gdy sie okazało, że dyskietka się rozmagnesowała, a na kasetę z River Raid młodsza siostra nagrała Fasolki…

To trochę tak, jakby ktoś Wam zaproponował kupno waszej ulubionej piaskownicy ze skórzanym obiciem, minibarkiem, plazmą i szufladą pełną przyklejanych sztucznych ran. Pewnie, że lubiliście piaskownicę. Będzie się Wam dobrze kojarzyć do końca życia. Ale to nie znaczy, że będziecie chcieli kupic jej wypasioną replikę.

Dlatego z jednej strony kibicuję twórcom projektu „Commodore Strikes Back”,  bo firma Tramiela zapewniła milionom osób na całym świecie magiczne chwile, ale z drugiej… tak naprawdę nie wiem kto to kupi.

Młode pokolenie na pewno nie – to trochę tak, jakby wznowić na BR w dolby surround nagrania Little Richarda i wciskać nastolatkom słuchającym Justina Biebera czy Bullet For My Valentine. Starzy growi wyjadacze? Równiez wątpię. Wielu z nich spędziło przy C64 piękne chwile, ale to nie znaczy, że porzucą swoje PS3, X360 i 50 calowe plazmy. Tym bardziej, że wiele starych gier jest dostępne w PSN/XLA. To, że kiedyś rzucanie się błotem w piaskownicy było fajne, nie znaczy, że 25 lat później będzie sprawiało taką samą radość.

Seven Fetival Music& More, czyli Węgorzewo odsłona kolejna

Polska jest swoistym muzycznym paradoksem. W opozycji do dramatycznie słabych wyników sprzedaży płyt, braku porządnej koncertowej i około koncertowej infrastruktury oraz mediach, które uparcie od lat promują Rubika tych samych „artystów”, a z najlepszej (bezwzględnie!) wokalistki ostatnich lat tworzą jurorkę telewizyjnego show znajdują się występy live. Można nawet rzec, że Polska koncertami stoi. Po latach (po)komunistycznej posuchy na przestrzeni dosłownie kilku lat grali u nas prawie wszyscy liczący się obecni artyści świata oprócz Bon Jovi i  Justina Biebera.

Oczywiście przesadzam, ale fakty i tak są imponujące. Mieliśmy Lady Gagę, Metallicę, sto koncertów U2, Stonesów, Peal Jam, Alice In Chains, Faith No More, Chemical Brothers, Prodigy, Red hot Chilli Peppers, Wielkiego Świstaka 50 Centa, Madonnę… Wymieniać można długo. To zaskakujące biorąc po uwagę fakt, że Polska nie spełnia podstawowych chociażby warunków do realizacji poważnego koncertu. Transport – leży. Baza noclegowa – nie istnieje, a jak jednak się pojawi to złożona jest w 100% z pola namiotowego. Infrastruktura muzyczna? To klasa sama w sobie. Kluby, które pamiętają Gierka i stadiony  oraz hale widowiskowo-sportowe pamiętające  budowane w czasach kiedy akustyka nie przewidywała pojawienia się czegoś takiego jak wzmacniacz….[i]

Bardzo mnie to intryguje, ponieważ budzi moje skojarzenia z naszą piłkarską ekstraklasą. Przypomina sytuację, w której to po polskich boiskach biegaliby Leo Messi i Cristiano Ronaldo, a bramki, powiedzmy, Znicza Pruszków strzegłby Gianluigi Buffon.

Nie ma co narzekać – pomimo katastrofalnego stanu rodzimego rynku muzycznego mamy jeden z najlepszych festiwali w europie (Open’er), jeden z największych (Przystanek Woodstock), a teraz mamy kolejną odsłonę festiwalu najbardziej… ekologicznego. I o ile może to źle brzmieć, ponieważ hasło ekologia zostało trochę pobrudzone przez różnych oszołomów przypinających się do drzew i niemyjących się częściej niż raz w miesiącu aby chronić środowisko naturalne, to idea przyświecająca festiwalowi w Węgorzewie jest szczytna.

Po pierwsze promują Mazury, które pięknym miejscem są i basta (nie odwiodą mnie od tej opinii nawet bandy turystów noszących sandały i szare skarpetki do połowy łydki, zachowujących się do tego zdecydowanie nieekologicznie). Na oficjalnym forum festiwalu znajduje się link, pod którym można głosować na ten region i pomóc mu uzyskać status jednego z siedmiu nowych cudów natury.

Kolejnym pomysłem organizatorów jest promowanie „ekologicznego stylu życia”. Ja bym to nazwał raczej przypomnieniem pryncypialnych paradygmatów kultury osobistej czylinie śmieć i szanuj przyrodę, ale pomysł jest dobry i mam nadzieję, że organizatorzy innych wydarzeń masowych (a tym bardziej ich widzowie) pójdą tym śladem.

Wreszcie najważniejsze – nikt by nie przyszedł na festiwal muzyczny tylko po to, by móc sobie posprzątać czy słuchać Ani Wyszkoni, Rubika lub Stachurskiego. W dotychczasowych edycjach festiwalu w Węgorzewie przewinęła się armia polskich gwiazd – były to m.in. Coma, Myslovitz, Vader, Renata Przemyk, Armia, Sweet Noise, Lao Che, KSU, Hunter, Acid Drinkers i wiele innych mniej lub bardziej znanych zespołów. Do tego doszli oczywiście goście międzynarodowi – chociażby The Stanglers, Soulfly, Dog Eat Dog, Paradise Lost czy Biohazard.

Wiele wskazuje na to, że kolejna edycja Seven Festival również zostanie mocno obsadzona. Na razie wiemy o trzech zespołach. Swój udział potwierdziły utalentowane śliczne dziewczyny z Indica, troszczący się o środowisko prekursorzy hard-core’a  – Pro-pain oraz szwajcarski Samael.

A mamy dopiero luty – co nam zaserwują organizatorzy do lipca? Przekonamy się. Na razie pozostaje tylko czekać. I sprzątać.


[i] Oczywiście są wyjątki  – Atlas Arena w Łodzi jest nowoczesna, przestronna, dobrze nagłośniona i nadaje się idealnie do cudownego wręcz odbioru… meczów siatkarskich. Koncertowego klimatu po prostu nie ma. Ale przynajmniej nie ma ryzyka, że tynk spadnie komuś  na głowę.

Polski Top Wszech Czasów i muzyczny alfabet

Święta Bożego Narodzenia A.D. 2010 minęły szybko. Świąteczna kolacja, świąteczne śniadanie, pierogi, karp, prezenty, zdechły gołąb, którego mój pies upolował w krzakach… Pięknie było. Ostatni tydzień starego roku zapowiada się jeszcze piękniej. Zostaniemy bowiem zasypani wszelkiego rodzaju rankingami, podsumowaniami, statystykami, słowem – wszystkim „naj”.

A ja nie cierpię „naj”.

Istnieje bowiem bardzo mała liczba osób, które są predestynowane do sporządzania obiektywnych (sic!) rankingów. W większości jednak są to klasyczne medialne zapchajdziury. Nie ma chyba nic łatwiejszego do napisania – wybrać pięć, dziesięć, piętnaście, sto rzeczy / osób/ wydarzeń i upchnąć je na kilku stronach A4. Dlatego tak alergicznie reaguję również na wszelkie muzyczne składanki – debestofy, grejtesthitsy i inne topofcośtam. Zazwyczaj bowiem nie zgadzam się z ludźmi dobierającymi repertuar.

Jednym z nielicznych wyjątków jest kompilacja „Polski Top Wszech Czasów” zawierająca zbiór ważnych dla polskiej muzyki utworów wybranych przez słuchaczy radiowej „Trójki” oraz trzech Piotrów dziennikarzy tej stacji. Piotra Metza, Piotra Stelmacha i Piotra Barona.

Wydawnictwo nie jest wybitne. Z wielu utworów, które się na nim znalazły, bym zrezygnował. Kilka bym dodał. Jednak ogólne wrażenie po jej przesłuchaniu jest bardzo pozytywne. Co ważne – wszystkie płyty mają charakter skrajnie subiektywny. Sygnujący je własnymi nazwiskami dziennikarze są dla mnie osobami, które na muzyce zjadły zęby i mają prawo do tego, żeby mówić co jest dobre, a co nie. No dobra, w wypadku Piorta Metza nie dotyczy to muzyki zagranicznej (chyba, że odbiorca jest fanatycznym fanem The Beatles).

Polski Top Wszech Czasów
Polski Top Wszech Czasów

Mało jest takich składanek. Podobnie jak mało jest ludzi, których muzycznym gustem jestem zainteresowany. Poza wspomnianą trójką chętnie słucham opinii Piotra Kaczkowskiego, Wojciecha Manna czy nieżyjącego już Johna Peela. Jednak kompletnie nie interesuje mnie zdanie pani z działu marketingu dużej wytwórni.

W muzyce szukam inspiracji. I taką znalazłem we wspomnianej kompilacji. Dlatego też postanowiłem ułożyć muzyczny alfabet podsumowujący to, co zdarzyło się w Polsce w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Od razu ostrzegam, że jest to spis wybitnie subiektywny.

A – jak AC/DC

Przedstawiać ich nie trzeba. Koncert AC/DC na warszawskim Bemowie był bezapelacyjnie jednym z ważniejszych muzycznych wydarzeń roku.

B – jak Bayer Full

A co! Zespół Sławomira Świerzyńskiego ma rozmach, o jakim nawet Behemoth może pomarzyć. Wszyscy się z Disco Polo śmieją, a jak przychodzi do wesela to jakoś wszyscy znają teksty, mimo, że w radio ani w telewizji taka muzyka nie leci zbyt często. Mam szczerą nadzieję, że uda im się podbić rynek chiński. Gorzej jak w Azji zwietrzą biznes i zostaniemy zalani Disco Polo made in China.

C – jak Chopin, Fryderyk

Rok Chopinowski powoli dobiega końca. O polskim artyście wszech czasów powiedziano i napisano bardzo dużo. Łudzę się, że grono miłośników jego twórczości powiększyło się w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Tegoroczną, XVI, edycję konkursu Chopinowskiego wygrała Rosjanka Yulianna Avdeeva.

D – jak Dziubiński, Tomasz (ur. 1961 – zm. 2010)

Założyciel Metal Mind Productions, organizator Metalmanii oraz redaktor naczelny polskiej edycji miesięcznika Metal Hammer. Był postacią kontrowersyjną, jednak nie ma wielu osób, które w podobnym stopniu co on przyczyniły się do rozwoju muzyki rockowej oraz metalowej w Polsce. To dzięki niemu sławę zdobyły m.in. takie zespoły jak Turbo czy Acid Drinkers.

E – jak Elton John

Koncert na stadionie warszawskiej Polonii był żywą reklamą trybuny krytej. Tym, którzy stali na płycie zostały parasole, kurtki przeciwdeszczowe i aspiryna.

F – jak Fishdick Zwei

Acid Drinkers w tym roku okazali się bardzo gościnni. Przekonali się o tym m.in. Czesław Mozil, Anna Brachaczek oraz Vogg. Legenda polskiego rocka nagrała płytę dobrą, aczkolwiek czekam na prawdziwy album, a nie covery. O tym, że utwory innych Acids grają lepiej niż ci inni dawno wiemy.

G – jak Guinessa, rekord

Romuald Koperski dał najdłuższy koncert fortepianowy świata. Muzyk grał nieprzerwanie 103 godziny i 8 sekund. Poprzedni rekord był krótszy o prawie dwie godziny.

H – jak Heretica, Evangelia

Ostatnie DVD Behemoth zawiera zapisy dwóch koncertów, które muzycy zagrali w Paryżu (2008) oraz w warszawskiej Stodole (2009). Debiut na 15 miejscu listy Billboardu robi wrażenie. Czekam na miejsce pierwsze, debiut na gali Grammy i konfrontację Dody z Lady Gaga.

I – jak Incydent w Pszowie

Polak nie kaktus i pić musi. Przekonali się o tym mieszkańcy Pszowa, których specyficznym występem uraczył Muniek Staszczyk. O sprawie szybko dowiedziały się media, muzyk przeprosił, fani przebaczyli, sprawa rozeszła się po kościach. Było wesoło, zaściankowo i polsko.

J – jak Jarocin

Najstarszy polski festiwal rockowy. Tym razem z Gossip, TSA i Dezerterem.

K – jak Kozidrak, Beata

Ostatnio wyznała, że nie lubi Edyty Górniak i Maryli Rodowicz. Nie musi. Nie musi też występować razem z nimi podczas imprezy sylwestrowej we Wrocławiu. To się nazywa marketing. Przez taką głupią wypowiedź będę z wypiekami śledził ich występ, uściski i ciepłe słowa. Szkoda jednak, że nikt mi za to nie zapłaci.

L – jak Lady Gaga

Jak się okazało można w naszym kraju zorganizować koncert gwiazdy światowego formatu. W zeszłym roku była Madonna. Teraz wystąpiła Lady Gaga. Czekamy na Justina Biebera. A na poważnie – organizatorom gratuluję.

M – jak Mondo Cane

Mike Patton był jedną z gwiazd tegorocznego festiwalu Era Nowe Horyzonty. Tym razem wystąpił  z projektem Mondo Cane. Jak zawsze zachwycił. Czekam ponownie na Faith No More.

N – Nowojorskiej Filharmonii, Orkiestra

Jedna z najstarszych i najbardziej uznanych światowych orkiestr zagrała dwa koncerty w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Jeden z nich swoim udziałem uświetniła Julianna Avdeeva.

O – jak Open’er Festival

Pearl Jam i Massive Attack. Fatboy Slim i Groove Armada.

Lubiłem Open’era za doskonały dobór gwiazd. Za The White Stripes i Faith No More. Za Pendulum i Emilianę Torrini. Za The Prodigy i Chemical Brothers. Wreszcie za Snoop Dogga i Cypress Hill… A teraz mi organizator wyjeżdża z Coldplay. Zgroza.

P – jak protesty

Katastrofa smoleńska i bitwa o krzyż wielu osobom rzuciła się na umysły. Część z nich oprotestowała występ Chicka Corei w warszawskiej Archikatedrze św. Jana Chrzciciela. Muzyk dołączył tym samym do grona muzyków znienawidzonych przez prawdziwych obrońców Polski, moralności i Kościoła. Gratuluję. W tym elitarnym gronie znajduje się już Madonna, AC/DC i Behemoth.

R – jak Rammstein

Spontaniczność 1.

Widowiskowość 10.

Koncert w Łodzi utwierdził mnie w przekonaniu, że w poprzednim życiu członkowie tego zespołu byli albo strażakami, albo podpalaczami. Niechybnie jedno i drugie.  Przekonałem się również, że hale widowiskowo-sportowe pokroju Atlas Areny czy Torwaru kompletnie się nie sprawdzają na koncertach rockowych. Klimatu nie mają za grosz.

S – jak Sonisphere Festival

Metallica, Slayer, Megadeth, Anthrax i Behemoth na jednej scenie. Like it. Po występie tych drugich już nie uwierzę w tłumaczenia jakiegokolwiek zespołu, że nie da się oddać klimatu muzyki metalowej przy jasno świecącym słoneczku. Da się. Tylko trzeba być Slayerem.

T – jak telewizja muzyczna

Gdzieś czytałem, że w ramówce telewizji Trwam jest więcej muzyki niż w MTV. Gdzie te piękne czasy Euro Top 20, Headbanger’s Ball, Vanessy Warwick i Ray’a Cokesa. Teraz mamy jakieś bezsensowne reality show. Jasne, że MTV jest od lat skierowane do pryszczatych nastolatków, ale kiedyś było o wiele lepsze. Wiem… Starzeję się…

U – Urbaniak, Michał

Zagrać na jednej scenie z Michałem Urbaniakiem i muzykami z zespołu Amy Whinehouse?  Bezcenne.

V – jak Volbeat

Genialny koncert w warszawskiej Progresji i jeszcze lepsza płyta. Ciągle nie jest to zespół znany w Polsce, ale jestem przekonany, że w najbliższym czasie to się zmieni. Johnny Cash i James Hetfield w jednym.

W – jak WOŚP

Tłumaczyć nie trzeba.

Z – jak zapalenie wyrostka

Powód, dla którego Mastodon odwołał swój występ na europejskiej części trasy Sonisphere. Bardzo żałuję, że nie zobaczyłem ich w Warszawie. Mam nadzieję, że nadrobią zaległości, gdyż jest to jeden z lepszych zespołów rockowych ostatnich lat.

Ż – jak Żywiec

Specom od marketingu Żywiec S.A. należy się nagroda. Projekt „Męskie Granie” jest bezapelacyjnie jednym z ciekawszych, jakie powstały w ciągu ostatniej dekady. Zebrać razem Waglewskiego, Maleńczuka, Możdżera, Nergala, Stańkę i Smolika to wyczyn niebywały.

Teraz pozostaje mi życzyć Wam szczęśliwego A.D. 2011.

Michał Urbaniak – „Myślenie w muzyce nie jest dobre”

Okoliczności powstania tego wywiadu były dość szczęśliwe. Spotkaliśmy się kilka dni przed poniedziałkową odsłoną Urbanator Days (11/12.10.2010, Warszawa, klub Stodoła). Z przydzielonych mi dwudziestu minut zrobiła się godzina, a Michał Urbaniak okazał się być wdzięcznym rozmówcą. I szczerym do bólu, a to ostatnio rzadkość. Mam nieodparte wrażenie, że większość wywiadów z Polskimi artystami zaczyna się i kończy łudząco podobnie do podziękowań na wyborach Miss Świata. Tutaj jest inaczej, a przez to o wiele ciekawiej. 

Profesor Wit powiedział kiedyś, że społeczeństwo głuchnie…

 

Absolutnie się z nim zgadzam. Na głuchych problem się jednak nie kończy… Nie lubię tego słowa w odniesieniu do muzyki, ale produkuje się ludzi, którzy po ukończeniu akademii nie są w stanie spisać melodii z taśmy lub płyty, a gdy zabierze im się nuty przestają grać. To są ci nie-głusi.

Problem leży tylko po stronie kształcenia?

Właśnie nie. Niestety. Publiczność przychodzi do Sali Kongresowej, gdzie gra pięciu murzynów, którzy zaczynają klaskać – audytorium zamiast włączyć się do zabawy boi się zacząć. Nie wie jak, nie czuje rytmu.

Urbanator Days ma być receptą na rozwiązanie tego problemu?

Chciałbym, żeby tak było. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że jest to zaledwie kropla w morzu potrzeb, ale warto spróbować. Ja robię taką anty-szkołę. Urbanator Days to przedsięwzięcia dla tych, którzy nie zdążyli lub nie stać ich na naukę muzyki, która, nie ukrywajmy jest dość kosztowna. Zwłaszcza w takim kraju jak Polska.

Czy warsztaty muzyczne są pełnoprawnym substytutem nauki w Akademii Muzycznej?

Nie do końca. Działamy na trochę innej płaszczyźnie. Robimy strip tease. Wchodzimy na scenę i pokazujemy wszystko od kuchni. Odpowiadamy na pytania, opowiadamy, tłumaczymy. Chcielibyśmy krzyknąć do publiczności: „Hej, zobaczcie jak gramy”. Mamy plan wykonać jeden utwór w różnych stylach. Chcemy pokazać, że jak coś ma dobry rytm i feeling to jest jazzem. Nie lubię szufladkowania i podziału na gatunki. Nie ważne czy gramy raegge, salsę, hip hop, soul czy bluesa… Jak coś ma harmonię, dobry rytm, feeling to jest to jazz.
 

Podczas współpracy z Panem na wielkie muzyczne wody wypłynęło wielu, obecnie światowej sławy muzyków… Takich jak, nie przymierzając, Marcus Miller. Czy podczas Urbanator Days udało się Panu spotkać kogoś wyjątkowego?

Do tej pory wychowaliśmy dwie śpiewaczki i jednego pianistę. Nie jest to może dużo, ale teraz chcemy rozwinąć skrzydła. Widzę ogromne zapotrzebowanie na tego typu eventy.

Najlepsze pokolenie polskiego jazzu wychowało się za komuny. Czy nie jest to dziwne, skoro teraz młodzi ludzie mają olbrzymie możliwości i nic nie stoi im na przeszkodzie, żeby zacząć grać?

Z jednej strony mają łatwiej, ale dla nas jazz, zachodnia muzyka w ogóle była buntem. Jasne – można sobie ściągnąć z sieci całą dyskografię Milesa w ciągu kilkunastu minut. Ale to nie to samo, co zbieranie się przy radio i słuchanie Voice of America. My mieliśmy olbrzymią motywację.

Jak oceni Pan w takim razie obecną kondycję polskiego rynku muzycznego?

Słabo.

Gdzie leży wina? Brak dobrych, artystów? Brak miejsca do grania? Zachowawcze działania wytwórni muzycznych, które wolą wydać płytę pani z okładki kolorowych pism niż nieznanemu muzykowi?

Chyba wszystko po trochu. Jednak nie chcę nikogo oskarżać. Wierzę, że muzyka wybroni się sama. Zwłaszcza ta dobra.
Co do wytwórni, to one nie są po to, żeby propagować muzykę. Są to regularne przedsiębiorstwa stworzone po to, żeby zarabiać pieniądze. Czasami ich działalność idzie w parze z muzyką. Miles jest tego idealnym przykładem. Zazwyczaj jednak nie idzie, ponieważ na końcu siedzi nie krytyk, nie fan muzyki, tylko księgowy, który nuty przelicza na dolary.

Zbojkotował Pan wytwórnie…

Tak. Na dwadzieścia lat. Ostatnio nagrałem płytą dla Sony, sprzedała się bardzo dobrze, co mnie cieszy i teraz przychodzi do mnie facet od nich mówiąc, że boją się nagrywać szmatławce… że wolą zainwestować w jazz czy klasykę, bo to jest długowieczne. Kurcze, kilkadziesiąt lat im to zajęło.

Od lat mieszka Pan w Nowym Jorku. Dlaczego? To trochę naiwne pytanie, ale jaka jest różnica tymi krajami z punktu widzenia muzyka?

Gigantyczna. To nawet nie chodzi o porównanie muzyków, ale o porównanie ludzi. Kiedyś ktoś mi zadał pytanie „Jak amerykanie traktują Polaków?”. Otóż dużo lepiej niż Polacy. W Polsce mamy samych generałów, a nie mamy żołnierzy. Amerykanie za to są pełni pokory, bardzo pracowici i co najważniejsze – po ludzku mili. Z resztą stworzyli demokrację, która funkcjonuje dobrze tylko tam.

Wracając do jazzu…

Wolę określenie „muzyka rytmiczna”. Specjalnie tej nazwy używam, ponieważ bardzo dużo europejskiego jazzu nie jest jazzem. Będę tupał nogą, krzyczał i się przy tym upierał. Jak europejczycy mogą grać dobrze jazz, czy jazz w ogóle, skoro tak mało z nas czuje rytm?
Jazz to rytm i feeling… To muzyka stworzona przez czarnych. Przywiedziona z Afryki i kontynuowana na plantacjach. Jazz to emocje – murzyńscy muzycy zostali zauważeni w czasach prohibicji przez gangsterów i sprowadzeni do ich klubów. Tak się narodził New Orleans Jazz. To jedyny rodzaj sztuki, który Ameryka włożyła w kulturę światową.

Jak wygląda muzyczne szkolnictwo w USA? Jest słynna szkoła w Bostonie, która kształci nie tylko filharmoników.

Jest też Manchattan School of Music, szkola na Florydzie…

U nas chyba jedyną liczącą się szkołą nie-klasyczną jest Wyższa Szkoła Improwizacji i Jazzu w Katowicach. Strach urzędników? Brak wiedzy?

Nie. To chyba nie to – na Urbanator Days dostaliśmy dotacje właśnie od urzędników. Projekt realizowany jest dzięki środkom od Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Zaś co do kształcenia… Zazdroszczę Nigelowi (Kennedy’emu – przyp. red.). Teraz mi opowiada, że w latach 80-tych chodził na moje koncerty. Dla mnie to cudowne – on studiował klasyczne skrzypce jednocześnie grając jazz. Mnie za to bito po łapach. Nie wolno mi było. Teraz po latach tego żałuję – gdyby nie zakazywano mi tego, to byłbym skrzypkiem zarówno jazzowym, jak i klasycznym. Jak Nigel.

Jak się Panu jawi przyszłość muzyki w Polsce?

Nie wiem. Chyba mało kto wie. Trendy minęły. Jest teraz taki mały zastój.

Da się coś nowego jeszcze wymyśleć?  Mix jazzu z hip hopem, czy acid jazz, który ciągle brzmi nowocześnie powstał ponad 20 lat temu…

Dlaczego wymyśleć? Wyczuć… Myślenie w muzyce nie jest dobre. Muzyka płynie z serca. Bodźce zewnętrzne mają na nią wpływ. Otoczenie ma wpływ. Inne utwory powstają na Manhattanie, inne w Warszawie, a jeszcze inne gdy wyjeżdżam do rodziny…
W Europie właśnie za dużo ludzi wymyśla muzykę. W Polsce myślicieli też jest  wielu. Techniczni, szybcy, ale… zaśmiecają rynek. Rytm, feeling, nostalgia, melancholia – to jest jazz. Miles Davis i Kind of Blue.

Według Pańskich słów strasznie źle to wygląda…

Nie. Bez przesady. Jest to mimo wszystko dobry okres dla muzyki, bo wszystko jest dozwolone. Ostatnio czterech chłopaków założyło zespól, który gra jazz bez sekcji rytmicznej (Atom String Quartet – przyp. red.). Ciekawe. Oryginalne.
Inny przykład. Zespół, który gra mazurki pod wodzą Janusza Prusinowskiego – zrobili w kwietniu festiwal i zaprosili osiemdziesięcioletnich dziadków i babcie, którzy grali muzykę ludową. To było niesamowite. Był w tym anty-rytm, a w zasadzie zorganizowane bezrytmie.
Teraz ci młodzi ludzie grają w Carnegie Hall. Klarnet, skrzypce, akordeon i bas i perkusja. Żadne przeróbki, żadne fusion. Ot, kreatywne wykonywanie muzyki ludowej.

Co jest ważniejsze dla muzyka – podążanie z prądem, czy robienie muzyki trochę na bakier?

Nie tędy droga. Należy grac oczywiście swoje, ale nie zapominajmy, że człowiek się z biegiem czasu zmienia.  Jest podatny na wpływy – ja jestem, chociaż mam kolegów, którzy nie są. Nie ważne co się wokół nich dzieje – grają tak samo. Ja tak nie potrafię – gdy wokół mnie grają inaczej, to się trochę dostosowuję. I to nie dlatego, że sobie tak postanowię. Inaczej po prostu nie umiem.

Łączył Pan hip hop z jazzem jako pierwszy, jednak w ogólnej świadomości został Pan wyprzedzony przez Milesa i Us3. Wyprzedził Pan trochę czas? Świat nie był gotowy na Chamelona?

Nigdy tak o tym nie myślałem. Gram to co czuję i nie za bardzo myślę o tym czy wpasowuję się w ogólną estetykę czy nie. Wojciech Karolak kiedyś powiedział, że mój brak estetyki jest nową estetyką. Bardzo mi się to spodobało. Do tej pory mam tak, że pewne rzeczy olewam kosztem egoizmu brzmieniowego. Teraz zabrałem się za Rimsky’ego Korsakova, chociaż nie jestem zwolennikiem przeróbek klasyki. Nie przepadam też za folkiem, a okazuje się, że napisałem ponad dwadzieścia folkowych numerów. Nie myślę o tym.

Wróćmy jeszcze do Urbanator Days. Trudno było zorganizować taką trasę?

Trudno. O wiele łatwiej byłoby zorganizować zwykły koncert. Idea dwóch dni, gdzie pierwszego odbywają się warsztaty, na które wstęp jest wolny, a drugiego odbywa się płatny koncert jest trudna do zrealizowania. Mówiąc wprost – kluby tracą jeden dzień. Ale warto się tego podjąć – utalentowanych analfabetów – w pozytywnym tego słowa znaczeniu – jest dużo. Nie potrafią grać, że robią to, ponieważ kochają muzykę. Dotarcie do takich ludzi jest moim celem. Dlatego już w tej chwili rozważam poszerzenie wszystkiego o internet – chaty, fora. Zobaczymy jak się to wszystko potoczy.

Analfabeta nie umie czytać i pisać. Nuty są ważne?

I tak i nie. Mają zerowy wpływ na muzykę. Nuty to dodatek. Można je porównać do telefonu komórkowego. Ułatwia on porozumiewanie się, jednak możemy rozmawiać bez niego. Oczywiście nuty są najlepszym sposobem na archiwizowanie, notowanie i zapamiętywanie muzyki, ale do grania ich znajomość nie jest konieczna.

Gdyby Urbanator Days odniosły duży sukces rozważy Pan otwarcie w Polsce szkoły?

Nie. Nigdy. Trochę nie wyobrażam sobie życia poza Nowym Jorkiem.

Dlaczego? Co jest takiego niesamowitego w tym mieście – Tomasz Stańko również wypowiada się w podobnym stylu.

Wszystko. Ładowanie baterii. Tempo. Dzień i noc za rogiem grają najlepsi. Broadway. Kina. Premiery. Poza tym to miasto swinguje, rytmizuje, robi muzykę.

A Warszawa?

Słabiutko, przepraszam.

Ja się nie gniewam.

Zacznijmy od tego, że nie wolno się ruszać na koncercie jazzowym. Nie wolno się uśmiechnąć, krzyknąć, klaskać… Na Boga.

Z czego to wynika?

Publiczność jest przyzwyczajona do smutnego, europejskiego jazzu, którego osobiście nie trawię i nie toleruję. Większość ludzi chodzących u nas na koncerty jest niestety nieśmiała i zakompleksiona. Ludzie zapominają, że jazz to muzyka do zabawy, do seksu, do balangi… do życia. Oczywiście, jest tez smutna, melancholijna, ale tu przecież chodzi o emocje. Dlaczego nie wolno ich przeżywać razem?

Amerykanie potrafią się bawić?

Tak. Zdecydowanie, a przy okazji oni mówią o nas fajną rzecz – że Polacy potrafią się śmiać, ale nie potrafią się uśmiechać.
I tu nachodzi mnie jeszcze jedna refleksja dotycząca szkoły, czy to w Polsce czy innym kraju. W momencie kiedy człowiek osiada w jednym miejscu to traci kontakt z, nazwijmy to, muzycznym rynkiem. Chociaż nie podoba mi się to słowo. Gdybym osiadł w jednym miejscu to po pewnym czasie zacząłbym uczyć nie tego co jest, tylko tego co pamiętam, że było. To bez sensu. Zaletą Urbanator Days jest to, że wszyscy występujący ze mną muzycy są aktywni. Przecież większość z nich gra na co dzień z Amy Winehouse. Troy Miller, Xantone Blacq, Femi…

Kim jest Femi?

Femi to Nigeryjczyk, który mieszka od lat w Anglii. Dla mnie objawienie. Taki afrykański George Benson. Fenomenalny.

Jak doszło do Waszej współpracy?

To w sumie ciekawe. Poznałem go w Warszawie, gdy wybrałem się na koncert jednego z chórów gospel. Śpiewało około dziesięciu osób. Za to całą muzykę zrobił im jeden skromny chłopaczek siedzący z gitarą i laptopem. Cały koncert siedziałem jak na szpilkach, żeby pod koniec polecieć do niego i zapytać jak się nazywa i jaki jest do niego kontakt.

Kolejne wielkie odkrycie Urbaniaka?

Tak. Sto procent. Chociaż później zabił mnie Troy (Miller – przyp. red.). Pyta się: „Skąd go znasz?”. Więc opowiadam, a on na to: „No to fajnie, ale wiesz, że on też z Amy gra?”. Sama muzyka tym kieruje.
Cieszę się, że go mam w zespole. Gitara jest tak specyficznym instrumentem… Tak mocnym.. To królewski instrument, który zwłaszcza w fusion rzutuje na wszystko.

Mówił Pan o wykorzystywaniu internetu. Na ile nowe technologie zmieniły Pańskie podejście do muzyki?

Uwielbiam technikę! Moim pierwszym komputerem do robienia muzyki był Commodore 64. Byłem z w Hamburgu u człowieka, który stworzył później Logic Audio. Wtedy się to nazywało Creator. Miał na stole kupę kabli, fajnie to wyglądało. Parę miesięcy później miałem złożony sprzęt. Od tego czasu jestem absolutnym fanatykiem komputerów i internetu. Chociaż są minusy, bo złapałem się na tym, że za dużo czasu spędzam w sieci. Mam za dużo domen, adresów email… Trochę przesadziłem. Ale to nie jest dziwne – jestem człowiekiem przesady.
Ale wykorzystywanie nowych technologii przez Urbanator Days jest moim zdaniem naturalne. Chciałbym dotrzeć do młodych ludzi. Nie tylko do miłośników jazzu. Niedługo zmienimy nazwę na UrbDayz. Chcemy, żeby hiphopowy też przyszli. Lubię tą muzykę. Współpracuję z O.S.T.R.-em, którego uważam za świetnego muzyka. Docelowo chcę zapraszać różne zespoły, grające różne gatunki muzyczne. Kierowanie tym przez internet jest najłatwiejsze.

Według wielu purystów komputery zabijają muzykę.

Nie zgadzam się. Komponuję na komputerze. Tak jest po prostu łatwiej i szybciej.  Nagrywam jednak z orkiestrą, prawdziwymi ludźmi. Muszę jednak przyznać, że są niektóre sample, których nie można odegrać na niczym innym. Dlatego laptopa zabieram czasami nawet na estradę.
Na komputerze nagrałem również cztery płyty. Nawet nie dotknąłem wtedy skrzypiec. Czułem się jak Einstein.

Jest Pan jedynym Polakiem, który nagrywał z Milesem. Jak wyglądała ta współpraca?

Była wyjątkowa. Przychodzę do studia i widzę mój zespół, z którym dwa tygodnie temu grałem koncert. Pytam się: „Co mam nagrać?”. „To i to”. Nagrałem w pół godziny. Marcus Miller posłuchał, powiedział, że jest cool i… to by było na tyle. Na drugi dzień rano byłem zaproszony do tego samego studia na zamkniętą sesję. Miles był w środku. Markus i goście z Warner Brothers też. Miles wskazał mnie palcem i zapytał tym swoim ochrypłym głosem: „Kto to jest?”. Pokazali, że skrzypce. Wtedy się wytoczył powoli zza konsolety, popatrzył, skinął głową i powiedział tylko „yeah”. I wtedy sobie uświadomiłem, że grałem z Milesem. Teraz osobie postronnej słucha się tej historii trochę dziwnie, ale było to niesamowite przeżycie. Potem mi jakieś akordy pokazywał na fortepianie, ale ja byłem już w  innym świecie. Koniec końców zaprosił mnie na koncert następnego dnia.
Przyszedłem jako widz. Miles podbiega i pyta: „Where is Your violin?”. „Home”. „Then go and get it”. Cóż pozostawało – taksówka, dom, taksówka, koncert. Okazało się, że Miles pozwolił sobie na zabawę, a w zasadzie na fanaberię. Podczas tego show przesłuchiwał gitarzystów do zespołu. Samych największych – Stern, Scotfield, Lucas. Wszyscy na baczność i żadnych nut – tylko muzyka. Cały Miles… On i jego nieuzasadnione nuty w akordach. Tylko on mógł zrobić przesłuchanie na oczach trzech i pół tysiąca ludzi. Geniusz. Jego muzyka jest ponad nutami.

Dziękuję za rozmowę.

——————————-

Specjalne podziękowania dla Doroty Palmowskiej i Pinky za umożliwienie zrealizowania tego wywiadu.

I na sam koniec ten, który cały czas przewijał się podczas rozmowy:

 Profesor Antoni Wit powiedział kiedyś, że społeczeństwo głuchnie…