Tag Archive: metallica


Wykrakałem ostatnim tekstem o Metallice i Slayer. Wykrakałem, nie ma co. Tak krakałem, że wykrakałem najlepszy metalowy koncert w historii Polski. Metallica, Slayer, Anthrax, Mastodon i Behemoth. Razem. Nie w Londynie. Nie w L.A. Nie w Pradze.

16 czerwca 2010 Lotnisko Bemowo / Warszawa / Polska – Sonisphere Festival

Mój znajomy już zaczął sprzedawać miejscówki na dachu domku działkowego swojej babci, położonego tuż przy siatce bemowskiego aeroklubu.

- A będzie coś widać?

- Pewnie. Chyba, że scenę źle ustawią. Wtedy nic nie zobaczymy. Ale słychać super.

Jasne.

Informacja o koncercie spowodowała, że zaniemówiłem. Mój mózg chyba też. Dlatego jak chcecie dowiedzieć się więcej – zapraszam.

Pamiętam jak nasi rodzimi “dziennikarze” muzyczni piali z zachwytu nad “Death Magnetic”, z każdą kolejną recenzją udowadniając jak bardzo na muzyce się nie znają. Metallica, która zaserwowała swoim fanom krążek totalnie beznadziejny, będący popłuczynami po czasach swojej świetności zebrała recenzje wybitne. Pracującym w prasie muzycznej grafomanom w przyznaniu Amerykanom najwyższych not kompletnie nie przeszkodziło ani katastrofalne brzmienie, ani toporne kompozycje. Kiepski materiał przeszkodził za to fanom, którzy po kupieniu płyty ściągnęli z sieci wersje ponownie zmasterowane przez znających-się-na-rzeczy internautów. Zrobili dobrze, ponieważ płyta w oryginale nie nadawała się do słuchania. Jedynie Lars Ulrich, który ostatni raz zagrał coś dobrego w 1996 roku bronił tego albumu (kompletnie nie zwracając uwagi na potworny clipping). Zespół udowodnił, że miliony fanów nie mogły się mylić i wypuścił wersję poprawioną… W grze Guitar Hero: Metallica.

Dziś ci sami “dziennikarze” dosłownie zjedli nową płytę Slayer. I po raz kolejny udowodnili, że na muzyce się nie znają. Czytając recenzje – od darkportal.pl po uznane “Życie Warszawy” – zastanawiam się po co w dobie kryzysu zatrudnia się w mediach takich ludzi? Dlaczego na opinię internautów wpływają “dziennikarze”, dla których Exodus i Exodus to to samo?

Wojciech Lada w swojej recenzji zarzuca zespołowi archaiczność brzmienia, kopiowanie pomysłów, itp., itd., ale… wszystkim trafia jak kulą w płot. Oczywiście wolność słowa i opinii jest gwarantowana przez Konstytucję ale moim zdaniem pisząc recenzję warto przed jej popełnieniem posłuchać/obejrzeć/przeczytać to, co się recenzuje.

Slayer bowiem nagrał płytę wybitną.

Jednak nie zrozumieją tego ludzie, którzy otwarcie przyznają się, że przygodę ze Slayer rozpoczęli od “God Hates Us All”.

“World Painted Blood” zapowiadana była jako ostatni, lub przedostatni studyjny album Slayer. Dla przygotowujących się powoli do odstawiania instrumentów w kąt muzyków ta płyta wydaje się być delikatnym podsumowaniem kariery. Podsumowaniem lepszym niż wydanie “The Best of Slayer”.

Na “World Painted Blood” wszystko jest kolażem. Od sugestywnej okładki, po muzykę.

Slayer - World Painted Blood

Slayer - World Painted Blood

Zarzuty o anachroniczności brzmienia są całkowicie bezpodstawne. Nie napiszę, że zmiana producenta z Ricka Rubina na Grega Fidelmana wyszła zespołowi na dobre, bo to tak jakby napisać, że Apple dobrze wyjdzie na zmianie Steve Jobsa… Jednak, po pierwsze, Fidelman udowodnił, że (mimo Death Magnetic) jest dobrym producentem – wystarczy posłuchać The Gossip czy Slipknot. Po drugie… Slayer praktycznie nie potrzebuje producenta. Po ponad dwudziestopięcioletniej współpracy z Rubinem nawet Mandaryna byłaby w stanie sama wyprodukować dobrze brzmiący album.

Slayer nie jest zespołem, który musi mieć magika podczas miksów i masteringu albumu. Dla kalifornijczyków zawsze ważniejsza była pre-produkcja i Fidelman, który właśnie od roli inżyniera dźwięku zaczynał swoją karierę, sprawdził się w tej roli wybitnie.

Brzmienie “World Painted Blood” dosłownie powala. Zespół poświęcił kilkumiesięczną pracę nad albumem głównie po to, żeby brzmieć tak, jak na żywo. W studio było więcej zabawy ustawianiem mikrofonów niż nakładaniem efektów na każdy nagrany dźwięk. Dlatego brzmieniowo zespołowi bliżej do Led Zeppelin, niż nie przymierzając, do Disturbed.

Duża w tym zasługa Dave’a Lombardo, który pokazał jak należy grać (i nagrywać) bębny. Dla mnie po raz pierwszy od dłuższego czasu (czyli ostatniej płyty zespołu Gojira). Nawiązał przy tym do nieśmiertelnego stwierdzenia Ricka Rubina, że “dobrze nagrane bębny to 50% sukcesu albumu”. Perkusja wgniata w ziemię swoją naturalnością. Zdaję sobie sprawę, że pracowano nad nią przez wiele dni, ale brzmi tak, jakby zamknęli Lombardo w pomieszczeniu wielkości Central Parku nagrali wszystko za pomocą dużej liczby drogich mikrofonów i… tyle. Muzycy zrezygnowali z triggerów, sampli i dodatkowych efektów, którymi raczą nas perkusiści młodego pokolenia (od nu-metalowców po Behemoth).

Do tego dochodzi surowe (ale nie anachronicze – z “Hell Awaits” nie ma nic wspólnego Panie Wojtku) brzmienie gitar, dzięki któremu duet Hanneman – King odpowiedzieli na pytanie “co by było, gdyby Zakk Wylde zagrał Slayera?” oraz doskonale osadzony wokal i bas.

Slayer

Slayer

Zdaję sobie sprawę, że samo brzmienie nie wystarczy. Potrzebne są równie dobre kompozycje, a tych na “World Painted Blood” jest jedenaście. Na początku pisałem o kolażu. I wydaje mi się, że trafiłem prawidłowo.

Slayer nagrał płytę wielowymiarową, będącą niejako podsumowaniem ich wieloletniej kariery. Na płycie mieszają się ze sobą dwa wątki. Muzyka zespołów, na których Slayer się wzorował oraz muzyka zespołów, które wzorowały się na Slayer. Wszystko idealnie polane thrashowo-punkowym sosem. Słuchając całości “World Painted Blood” można usłyszeć Venom (“Snuff”), The Stooges (“Playing With Dolls”), Minor Thret, D.R.I. oraz Slipknot (“Human Strain”), Lamb of God, System of a Down czy Machine Head. Nie osnacza to jednak, że zespół w chamski sposób zżyna z tych zespołów. Nic z tych rzeczy – twierdzę wręcz, że gdyby Kingowi i spółce zachciało się nagrać album R’n'B i tak brzmiałby jak Slayer.

“World Painted Blood” jest dla mnie albumem podsumowującym to, co się wydarzyło w muzyce metalowej przez ostatnich dwadzieścia lat. Płyta mogłaby się nazywać “Metal 1990-2009: Anthology” i nikt by się do tego nie przyczepił.

Na dodatek jest nowatorska… I, jak na standardy wyznaczone przez Slayer, dość wolna.

Po raz pierwszy można usłyszeć śpiew Aray’i (“Beauty Through Order”). Po raz pierwszy można usłyszeć solówki Kerry’ego Kinga i Jeffa Hannemana nie grane z zawrotną prędkością(“Americon”). Oprócz tego wybrane na single “Hate Worldwide” i “Psychopathy Red” zagrane są… no… szybko. Gdyby określić klimat płyty to chyba bym się nie pomylił, gdybym stwierdził, że jest on wypadkową Seasons in the Abyss, Diabolus In Musica i Undisputted Attitude.

Slayer nagrał płytę dojrzałą, przemyślaną i świetnie zaaranżowaną. Na pewno trafi w gusta fanów ciężkiego metalu. Na sto procent. Satysfakcja gwarantowana.

Za to tym, którzy chcieli pokazać jacy z nich są niezależni dziennikarze, powinno się przez rok puszczać “Death Magnetic”.

W kółko.

Maciej Maląg

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 242 other followers