Tag Archive: madonna


Obiecałem wczoraj, że rozwinę temat koncertu Emilie Autumn i The Bloody Crumpets w Progresji…

EmilieAutumn i The Bloocy Crumpets w Progresji

Emilie Autumn i The Bloody Crumpets w Progresji

Zazwyczaj koncerty się opisuje łatwo. Wyszli zarośnięci panowie z gitarami w kształcie siekiery z zagrali materiał z ich ostatniej płyty… Albo wyszli panowie w szerokich gaciach i namawiali tłum do pobicia piętnastolatka… Albo wyszli umalowani panowie i podarli biblię… Albo wyszła słono opłacana 50-latka i nie zareagowała na “sto lat” śpiewanie przez tłum na Bemowie… Albo wyszło na scenę Faith No More i zdmuchnęło publiczność na Heineken Open’er… Albo, albo, albo… Wymieniać można długo.

Emilie Autumn

Emilie Autumn

Tym razem tak łatwo nie będzie. Ciężko bowiem występ Emilie Autumn sklasyfikować jako “normalny” koncert. Oczywiście – amerykanka jest multiinstrumentalistką pełną gębą, ale również (a może i bardziej) performerką. O dziewczynach z The Bloody Crumpets nie wspominając.

Emilie Autumn i The Bloody Crumpets

Emilie Autumn i The Bloody Crumpets

Panie zagrały (odegrały :) ) praktycznie cały materiał z ostatniej płyty Emilie – “Opheliac” okraszając go bardzo mocno licznymi wstawkami kabaretowo-teatralnymi, tańcem, akrobatyką i genialnym wręcz kontaktem w polską publicznością.

Amerykanka zachowała się jak stara wyga zdobywając uwagę publiczności w ciągu kilku pierwszych minut. Wypuściła dopiero po koncercie. Wyżętą jak szmata. Pod względem wizualnym był to jeden z lepszych show ostatnich lat. I to nie dlatego, że jestem facetem i, podobnie jak reszta przedstawicieli mojej płci (pozdrawiam wszystkich fotografów :) ) image zespołu kupiłem od razu. Koncert po prostu wyglądał rewelacyjnie. Telewizyjne koncerty noworoczne z wielomilionowymi budżetami wyglądały przy tym jak gale discopolo w remizie w Mławie.

Emilie Autumn

Emilie Autumn

Co do strony muzycznej to było różnie. Oczywiście wszystko oprócz wokali, solowych partii skrzypiec i klawesynu zostało odegrane z taśmy. Nie przeszkadzało to jednak za bardzo, ponieważ na scenie nie zmieściłby się karzeł grający na trójkącie, o DJ-u i perkusiście nie wspominając. Nie przeszkadzało również trochę (sporo…) fałszów – ciężko się bowiem śpiewa wisząc głową do dołu dwa metry nad sceną. Niedociągnięcia techniczne zespół nadrobił bardzo żywymi wykonaniami i absolutnie genialną, o wiele cięższą, (co w tym wypadku znaczy o wiele lepszą) wersją “Dead Is The New Alive”, znaną m.in. ze ścieżki dźwiękowej do “Piła IV” (Manipulator Mix). Na płycie ten utwór zrobił na mnie wrażenie dość przeciętne, a w Progresji dosłownie urwał łeb.

The Bloody Crumpets - Aprella

The Bloody Crumpets - Aprella

The Bloody Crumpets - The Blessed Contessa

The Bloody Crumpets - The Blessed Contessa

The Bloody Crumpets - Naughty Veronica

The Bloody Crumpets - Naughty Veronica

Obejrzyjcie zdjęcie (więcej znajdziecie na MusicArena i blogu Łukasza Mrozka, któremu dziękuję za, jak zwykle, genialne zdjęcia – biedak pewnie do tej pory ma zakwasy, bo przez cały koncert nie zdejmował palca ze spustu migawki :) ).

A jak skończycie to żałujcie, że Was w Progresji nie było i nie przegapcie kolejnego koncertu Emilie.

Teraz czekam na Volbeat.

P.S. Wielkie brawa należą się organizatorom – nowy sprzęt nagłaśniający sprawdził się wyśmienicie. Cieszę się, że idea inwestowania w brzmienie, a nie nowy wystrój baru w przypadku tego klubu się sprawdza. Progresja powoli aspiruje do jednego z lepiej nagłośnionych miejsce w Warszawie. A Stodole kakofonii na Mars Volta nie wybaczę.

P.P.S. The Bloody Crumpets wystąpiły w okrojonym składzie (Naughty Veronica, The Blessed Contessa, Aprella), nie miało to jednak żadnego znaczenia – chyba nie ma na świecie sceny, która pomieściłaby je wszystkie.

Z wielkim rozbawieniem czytałem najnowsze numery dwóch szanowanych tygodników opinii. Jeden chciał mnie wystraszyć grypą ptasią, a drugi świńską. To było straszne. Chcący uchodzić za mądrych dziennikarze starali się mnie przekonać, że lepiej żebym sam sobie jeszcze w październiku grób wykopał, bo nie przeżyję zimy. Podobnie jak połowa ludzkości. Jednym słowem rozbawili mnie do łez. Autorzy obydwu tekstów do pracy w prasie nie pasują, ale stoi przed nimi wspaniała kariera pisarzy SF.

Szybko zerknąłem na stronę obok i mnie olśniło. “Domestos zabija wirusy grypy”. Popatrzyłem na okładkę, czy przypadkiem nie czytam prasy dla półgłówków, ale nie – znany tytuł, znane logo… Tylko dlaczego chcą ze mnie zrobić idiotę? Dlaczego artykuł sponsorowany, zamiast go oznaczyć, trafia na okładkę? Bo fakt, że Unilever czyli producent uber-antygrypy na pewno zapłacił ładne pieniądze za publikację to, jak mówi nasz ukochany prezydent, “oczywista oczywistość”.

Domestos - lekarstwo dla półgłówków

Domestos - lekarstwo dla półgłówków

Zostawmy jednak dziennikarzy. Przecież w ich branży jest kryzys – zwalniają ludzi, obcinają pensje, każą im więcej pracować. Papierosy podobno zdrożały… Nie dziwne, że wykorzystują takie sytuacje w sposób iście makiaweliczny. Bardziej mnie zastanawia, dlaczego Unilever i ludzie, którzy zaakceptowali tą reklamę mają nas za takich idiotów. Ja rozumiem, że byłby to Fakt czy Nasz Dziennik, który najbardziej rozgarniętego czytelnika nie ma, ale tygodniki opinii?

Czy zarządzający marką Domestos naprawdę sądzą, że umyjemy nasze kible Domestosem, wsadzimy łby do środka, przytrzaśniemy je deską i będziemy się inhalować? Bo innego sposobu na zwalczanie choroby przenoszonej drogą kropelkową za użyciem płynu do toalet nie widzę. No chyba, że doustnie… Ale nie ma Domestosa o smaku miętowym, więc w moim przypadku ta opcja odpada.

Po głębszym zastanowieniu stwierdziłem, że jednak giganci branży FMCG są absolutnie genialni. Przecież dotarli do liderów opinii – gwiazd pop, które podbudowująć się udają, że rozumieją prasę trudniejszą niż Viva czy Cosmo.

Dla przykładu kilka słynnych cytatów gwiazd. Tym razem bez komentarza, ponieważ uznałem, że nie ma co komentować.  Zacznijmy od tych bardziej spektakularnych – zagranicznych:

“Capp- cappu- Nie umiem tego wymówić, ale mi smakuje”Britney Spears o “cappuccino”

“To gdzie odbędzie się tegoroczny Festiwal w Cannes?”Christina Aguilera

“Mam mózg”Christina Aguilera

“Świetną rzeczą w byciu sławnym jest możliwość zwiedzania świata. Zawsze chciałam podróżować przez morza – np. do Kanady.”Britney Sprears

“Nie jestem na diecie, po prostu nie jem tyle, ile bym chciała”Linda Evangelista

“Nie wiem, czy w moim życiu zdarzyło się coś, co je całkowicie zmieniło, ale pierwszy raz uprawiałam seks, kiedy miałam 14 lat”Angelina Jolie

“Czuję się najlepiej, gdy jestem szczęśliwa”Winona Ryder

“Szczęśliwy artysta to martwy artysta, bo tylko wtedy nie można się zmienić. Po śmierci prawdopodobnie wrócę jako pędzel”Sylvester Stallone

“Uważam, że małżeństwo homoseksualne powinno być zawierane tylko między mężczyzną a kobietą”Arnold Schwarzenegger

“Palenie zabija. Jeśli nie żyjesz, tracisz bardzo ważną część swojego życia”Brooke Shileds

“Kiedy oglądam telewizję i widzę te biedne dzieci głodujące na całym świecie, nie mogę powstrzymać łez. Też chciałabym być taka chuda, ale bez tych wszystkich much, śmierci i temu podobnych”Mariah Carey

“Nienawidzę martwych ludzi!”Paris Hilton

“Moja wycieczka do Londynu to jak pobyt w Europie, tylko każdy mówi tu po angielsku”Rihanna

“Czy to jest kurczak czy ryba? Wiem, że to jest tuńczyk, ale czy to jest kurczak?”Jessica Simpson

“Używam mojego mózgu po raz pierwszy od dłuższego czasu.”Victoria Beckham

” Jestem teraz sprytna. Każdy [paparazzi] mówi mi: “Zdejmij podkoszulkę”. Sorry, ale NIE! Oni tylko chcą mieć zdjęcie, które można dobrze sprzedać. Nie jestem głupia.”Paris Hilton

“Mam nadzieję, że moje dziecko będzie dobrym katolikiem jak ja.”Madonna (z pozdrowieniami dla pana Mariana B.)

Poprzeczka została postawiona wysoko – polskie gwiazdy wypadają zdecydowanie mniej spektakularnie, ale mimo wszystko warto zacytwać kilka z nich.

“Na swój sposób jestem fenomentem. Fenomentem siebie, tego, że jestem w jakiś sposób inna i świtenie się w tym odnajduję”Jola Rutowicz

“[...]Rodżer Perejro, ale dobry był także nasz bramkarz Artur Borubar” – nasz ukochany prezydent Lech Kaczyński

“Wzięłam się z kosmosu. Naprawdę. Na studiach miałem przydomek E.T, chociaż nikomu nie mówiłam o swoim pochodzeniu. Do dzisiaj w nie wierzę”Ewa Minge

No cóż. Na koniec chciałbym tylko dodać, że na głupotę umarło więcej ludzi niż na grypę.

Przystanek Woodstock 2009

Niedawno zostałem poproszony przez dziennikarza jednego z portali ekonomicznych o komentarz w kwestii organizacji w Polsce wielkich festiwali oraz sensu importu muzycznych megagwiazd do naszego kraju. I zacząłem się zastanawiać…

Faith No More, Placebo, Kings of Leon, Moby, Prodigy, Limp Bizkit, Chris Cornell, Kaiser Chiefs, Manic Street Preachers, Arctic Monkeys, Duffy, Lilly Allen, Joss Stone, Katie Melua, The Killers, 50 Cent, Shaggy, The Streets, Guano Apes, Juliette Lewis, Volbeat, Clawfinger, Motorhead, Bad Brains oraz praktycznie wszystkie liczące się polskie zespoły i soliści.

I oczywiście Madonna i U2.

Przystanek Woodstock 2009

Przystanek Woodstock 2009

Agencje koncertowe przyprawiły (z niewielkimi wyjątkami) fanów o koncertowy zawrót głowy. Po raz pierwszy udało się w ciągu jednego sezonu ściągnąć tak wielkie gwiazdy. Gwiazdy światowego formatu (a nie Whitney Houston w swetrze – patrz Sopot kilka lat temu). Według ekspertów Polacy na same bilety wydali lub wydadzą ok. 60 milionów złotych.

Liczba iście imponująca, zwłaszcza gdy skonfrontować ją z notowaniami OLIS, które same w sobie są arcyciekawą lekturą. Rezultat?

Ktoś tu kłamie. Albo mamy do czynienia z olbrzymim wyjątkiem potwierdzającym regułę…

Liczba roku według OLIS?

10.000 – tyle płyt zagranicznego wykonawcy wystarczy do uzyskania statusu złotej płyty, często pompatycznie wręczanej na durnowatych galach.

Żeby nie było nieporozumień: dziesięć tysięcy (słownie d-z-i-e-s-i-ę-ć!!!). I czym się tu chwalić?

To mniej więcej tyle, ile wynoszą progi w Danii, Belgii czy Holandii. W Niemczech rozmowy o złotej płycie rozpoczynają się od 100 tyś sprzedanych egzemplarzy.

Dla porównania:

Dania:          powierzchnia – 43 tyś km2 /ludność – 5,5 mln

Belgia:         powierzchnia – 30 tyś km2 /ludność – 10 mln

Holandia:   powierzchnia – 42 tyś km2 /ludność – 16 mln

Te trzy kraje razem:   powierzchnia – 115 tyś km2 /ludność – 31,5 mln

Polska:   powierzchnia – 320 tyś km2 /ludność – 38 mln

Takie zestawienie daje do myślenia. I całkowicie obrazuje fatalny stan polskiego muzycznego show-businessu.

Przystanek Woodstock 2009

Przystanek Woodstock 2009

Nie muszę oczywiście dodawać, że progi wytyczane przez ZPAV, odpowiedzialny za wyróżnienia o których mowa, uległy ostatnimi laty drastycznemu zmniejszeniu… A szkoda, ponieważ zabawnie by było, gdyby się okazało, że złotą w 2008 roku zdobył tylko zespół Feel i Smerfne Hity.

Niestety pokazuje to jak bardzo Polacy nie słuchają muzyki. Jak idea kupienia płyty dla jej zawartości, błyszczącego krążka czy kolorowej książeczki ustąpiła miejsca lenistwu i muzycznemu analfabetyzmowi. Podobnie jest z koncertami – tłumy młodych ludzi na wielkich festiwalach to jedno – puste sale na koncertach lokalnych zespołów, przeglądach czy trasach koncertowych mniej znanych artystów do drugie.

Ale zacząłem też liczyć:

Heineken, Coke Live, Madonna, U2, Przystanek Woodstock, Szczecin, Jarocin, HunterFest, Węgorzewo – na każdym z nich średnio 80 tyś ludzi (wiem, wiem, na PW było ponad 400 tyś, ale uśredniam dla ułatwienia) – w sumie daje to 720 tysięcy. Wymieniłem wcześniej 24 zagraniczne gwiazd (choć było/będzie oczywiście więcej). Przyjmijmy więc, że daje to więc niecałe 30 tyś osób na zespół. Gdy dodać jeszcze resztę artystów liczba się zgodzi…

Maciej Maląg

Pamiętam, gdy jako 10-latek po raz pierwszy zostałem zabrany do ekskluzywnej restauracji gdzieś w Hamburgu. Urzekła mnie jakość obsługi, smak potraw, profesjonalna obsługa kelnerów, kolorowe słomki i kelnerki. Moich rodziców urzekł później rachunek, ale to w obecnej chwili nie ma znaczenia.

Kilkanaście lat później po zakończonej Aidzie otwierającej festiwal operowy w Arena di Verona siedziałem ze znajomymi na Piazza Bra, delektując się podanym na glinianym talerzu ossobucco i nalewanym z niezgrabnego dzbana vino della casa… Ponownie czułem się jak dziesięciolatek. Byłem równie mocno zauroczony. Wszytko było niesamowite. Urzekł mnie właściciel tawerny, będący jednocześnie kelnerem. Urzekł mnie kulinarny kunszt Luciano, który jako szef kuchni wyczyniał cuda nie mając nawet w połowie dostępu do cudów kulinarnej techniki, jaki mieli kucharze w Hamburgu. Urzekł mnie również ojciec szefa, który pomagał w rodzinnym interesie, gdyż w czasie trwania operowego festiwalu ruch był niesamowity. Urzekła mnie wreszcie domowa atmosfera, która tam panowała. Obsługa śpiewała arię z Aidy, klienci również i nikt się nie przejmował, że nie ma głosu Pavarottiego. Liczyła się zabawa i miłe chwile.

W Hamburgu coś takiego nie miałoby miejsca.

Tam – niesamowity profesjonalizm osiągnięty dzięki godzinom szkoleń i skomplikowanym procedurom. Tutaj – niesamowita wręcz empatia, wrodzona wesołość Włochów prowadzących restaurację, którym nie przeszkadzało, że nie znamy włoskiego, a oni żadnego innego języka poza włoskim.

Tu i tam było fantastycznie. Tu i tam było urzekająco.

Madonna - na żywo ale chodno

Madonna - na żywo ale chłodno

Przypomniało mi się to po zakończonym wczoraj koncercie Madonny na warszawskim Bemowie. Amerykańska gwiazda muzyki pop zaprezentowała show z kosmosu. Profesjonalny, sterylny, przemyślany do ostatnich szczegółów. Wybór utworów był wcześniej przygotowany, pocałunek z jedną z tancerek zaplanowany, hołd dla Jaco wkalkulowany. Kosz biletów – wysoki. Ot, taki kulinarny Hamburg.

Mimo to wyszedłem zachwycony. Dostałem bowiem to, na co się nastawiałem. Nie oczekiwałem gitar rozbijanych o wzmacniacze, stagedivigu czy oblewania piwem publiczności. Nie oczekiwałem spontaniczności. Oczekiwałem profesjonalnego występu, jakiego w Polsce jeszcze nie było. I to dostałem. Usłyszałem utwory, które chciałem usłyszeć, zobaczyłem popisy tancerzy, o których występujący w You Can Dance nawet nie śnili, uzmysłowiłem sobie, że nawet jako 50-latek można tryskać energią, a nie wyglądać jak członkowie PiS-u czy Samoobrony.

Nie zgadzam się więc z ludźmi, który stwierdzili, że zabrakło emocji. Nie zabrakło. Były po prostu inne. Dostaliśmy starannie przygotowane show, niewiele różniące się od tego w Berlinie, Londynie czy Mediolanie. A, że nie było spontanicznie? Przecież to muzyka pop. Można o niej mówić wszystko, tylko nie to, że jest spontaniczna.

666 czyli z Dębek do Hel(l)u

Jeden z moich znajomych pochwalił się fantastycznym wyliczeniem.

Czy wiecie, że podobno w Polsce mamy 233 święta kościelne w roku? 233!!! Prosta matematyka daje nam zaledwie 132 dni, w które teoretycznie nie trzeba iść do kościoła. To niedużo. Ale najlepsze przed nami – gdy dodać do siebie cyfry (1+3+2) wychodzi nam 6. Trzy szóstki dają nam z kolei numer PKS, który kursuje między Dębkami a Helem.666

Uwielbiam taką symbolikę…

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że podobne wywody mogą jedynie narazić ich autora na śmieszność.

Wiem również, że święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny (15 sierpnia) – w Polsce nazywane również Świętem Matki Boskiej Zielnej – jest obchodzone od V wieku.  I, że PKS-u na Helu nie prowadzi Szatan.

Szatan najpewniej krąży wokół Olsztyna i warszawskiego lotniska Bemowo. Przynajmniej według niektórych środowisk prawicowo-katolickich. Na szczęście niezbyt dużych, aczkolwiek wystarczających, żeby zrobić szum wokół dwóch, pozornie niezwiązanych z polityką wydarzeń.

Pierwszym jest koncert Madonny, drugim – wydawałoby się nieszkodliwa inicjatywa jednego z olsztyńskich radnych – reprezentującego barwy PiS-u Grzegorza Smolińskiego.

Ów radny zaproponował przyznanie zespołowi Vader nagrody prezydenta miasta za działalność kulturalną.

Pomysł wydaje się słuszny. Vader to przecież zespół uznany zarówno w Polsce, jak i za granicami naszego pięknego, sielskiego kraju. Na dodatek niemłody (25 lat to, jak na zespół metalowy, bardzo dużo) i nieukrywający swojego pochodzenia (sądzę, że z wywiadów z Peterem niejeden Japończyk dowiedział się, że jest takie miasto jak Olsztyn, a niejeden Amerykanin, że jest coś takiego jak Europa i świat poza granicami stanu Wisconsin)…

Vader

Jednak jest jeden szkopuł… Młodym ludziom z wąsami, publikującym w świętym portalu znanym jako Fronda.pl, nie spodobała się warstwa tekstowa olsztyńskich old boyów (w całości ociekająca Szatanem, krwią, przemocą, spiskami żyd0wskimi, masonami, cyklistami, UE, antykoncepcją… no dobra… rozpędziłem się).

Napisali więc artykulik o krzykliwym tytule “Radny PiS promuje satanizującą kapelę metalową”. Tytuł skądinąd niezły. Ja bym go skrócił do “PiS promuje satanizm” i ubiegał się o posadę w “Fakcie” (Panie Grzegorzu, mam nadzieję, że Pan to czyta).

Wszystko prawdopodobnie przeszłoby bez echa – władze PiS-u wyrzuciłyby Smolińskiego i szybko ukręciłyby łeb całej sprawie – całość jednak szybko podchwyciły poważne media. Sprawa skomplikowała się tym bardziej, że dzierżący sztandary metalowej krucjaty radny ani myśli zmienić zdanie i, nic sobie z programu partii nie robiąc, dalej lobbuje za przyznaniem nagrody.

Politycy wpadli w lekką panikę i chyba nie bardzo wiedzą, jak się do Vadera zabrać. Wszystko dlatego, że mieszkańcom mazurskiego miasta podoba się ten pomysł i nie przeszkadza im kontrowersyjny image zespołu. I na tym polega cały paradoks: gdy poleci głowa Smolińskiego partia straci głosy w Olsztynie. Gdy poprze inicjatywę głos w sprawie mogą zająć inne media katolickie, o niebo (sic!) potężniejsze niż Fronda, a tego PiS chciałby chyba uniknąć.

To ciekawe, że przy tak nieważnej (z punktu widzenia całego kraju) sprawie, jaką jest nagroda dla Vader wyszły podziały, jakie PiS stworzył przed poprzednimi wyborami. Jesteśmy “my” i są “oni”. “My” prawdziwi Polacy i katolicy i “oni” – wstrętne liberały, które pozwalają, żeby w jedno z ważniejszych świąt katolickich odbył się koncert roku.

MadonnaMowa oczywiście o Madonnie, która zagra na warszawskim  Bemowie akurat 15 sierpnia, czyli w święto Matki Boskiej Zielnej. Podobnie, jak w przypadku Vader i tutaj można było usłyszeć głosy krytyki i sprzeciwu. Wiele z nich zresztą pozbawionych było dobrego smaku… Do takich należy inicjatywa Komitetu Obrony Wiary i Tradycji “Pro Polonia” napędzanego przez boskiego Mariana Brudzyńskiego. Robią oni wszystko, żeby koncert się nie odbył, co oczywiście przypomina donkichotowską walkę z wiatrakami. Panie Marianie – żeby oszczędzić Panu rozczarowań postanowiłem odpowiedzieć na Pańskie argumenty i wytłumaczyć dlaczego Pan bardzo, ale to bardzo błądzi.

ŚWIĘTO:

Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny jest oczywiście bardzo ważnym dniem w życiu katolików. Jeśli człowiek ma potrzebę uczestniczenia we mszy świętej, a ktoś mu tego zabrania, to jest to czyn karygodny. Pełna zgoda. Tyle, że Madonna nie gra od 00:01 do 23:59. Koncert potrwa pewnie parę godzin i każdy, kto ma taką potrzebę zdąży pójść do kościoła. Istnieje przecież duże prawdopodobieństwo, że ktoś może być katolikiem i słuchać Madonny. Czy tak trudno to połączyć?

DATA SPECJALNIE KOLIDUJE ZE ŚWIĘTEM:

To już argument idiotyczny, kretyński i świadczący o kompletnym braku znajomości jakichkolwiek realiów rządzących show-bussinessem. Madonna nie jest pierwszą lepszą artystką, którą można ściągnąć do Polski ot, tak sobie. Jest jedną z najsłynniejszych i największych gwiazd muzyki pop (o czym Pro Polonia może nie wie). Takich osób nie kontraktuje się w parę minut. To są długie, poważne rozmowy, toczące się zazwyczaj z rocznym (lub większym) wyprzedzeniem. Tacy artyści mają kalendarz pękający w szwach. Nie ma więc dużego pola manewru przy ustalaniu daty koncertu. Poza tym wątpię, żeby ktokolwiek się w tym wypadku datą przejmował.

IDEA RELIGII KATOLICKIEJ:

Nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że obowiązująca w Polsce religia oparta jest na miłosierdziu i wybaczaniu. Nadstawianiu drugiego policzka, a nie wyznawaniu zasady “oko za oko”. Skąd w Panu i niektórych (na szczęście efemerydalnych) środowiskach religijnych tyle nienawiści?

W sumie to nie moje zmartwienie. Na koncert i tak pójdę, a mszy i bojkotu się nie boję. Pro Polonii zalecam lekturę Pisma Świętego, ponieważ uważam, że jego nauki gdzieś Wam umknęły. Można bowiem być metalowcem czy wyznawcą Kabały i jednocześnie dobrym człowiekiem. Można również obnosić się z własną religijnością i zaściankowością, a po mszy bić żonę. Czego Panu oczywiście nie życzę, bo istnieje ryzyko, że autobus 666 zmieni kurs i pojedzie prosto do piekła. Kto wie, może kierowcą będzie Peter?

Maciej Maląg

Hunter Festyn 2009

A miało być tak pięknie. Lotnisko w Szymanach. Wyporność na dobre kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Machine Head, Epica, Vader, nieśmiertelny Lemmy i jego Motorhead. Gwiazdy, gwiazdy, gwiazdy. Hunter Fest 2009 miał być wisienką na kremie metalowego festiwalowego lata 2009.

Było już Faith No More na genialnym Openerze. Był Limp Bizkit w Szczecinie. Będzie Volbeat oraz Clawfinger na, jak zwykle mocno obsadzonym, Przystanku Woodstock. Nie wspominam o Jarocinie i innych festiwalach.

Tegoroczne lato miało być gorące jak nigdy… I takie było… Niestety nie za sprawą muzyki, ale organizatorów HunterFestu, których działania przypominały ekspertów z PZPN.

HunterFestyn Najpierw w Polskę poszły plakaty z umieszczonym logo Motorhead. Wszystko pięknie, ale szkoda, że management zespołu nic o tym nie wiedział. Jak słusznie zauważył mój redakcyjny kolega – Lemmy zgodził się przyjechać do Szczytna chyba tylko przez wzgląd na polskich fanów. Później było tylko gorzej. Gwiazdy masowo opuściły imprezę. Opuściły tak bardzo, że na głównej scenie zagrały mało znane zespoły, które wcześniej mogły tylko o niej pomarzyć. Nawet Vader, zawsze szanujący swoich fanów, był podobno tak rozczarowany organizacją (czytaj niejasnymi finansami), że rozważał tylko 15 minutowy występ zakończony siarczystą przemową. To chyba coś znaczy.

W to wszystko zaplątał się niewinny i sympatyczny zespół Hunter, który na swoje nieszczęście użyczył swojej nazwy temu czemuś, co festiwal przestało przypominać tydzień temu.

Dlatego mam prośbę skierowaną do muzyków, zespołów, sponsorów, mediów. Dbajmy o wizerunek Polski na koncertowej mapie świata. Po latach posuchy zaczęło się wreszcie coś dziać. Pojawiły się gwiazdy. Po raz pierwszy grać będzie Madonna. Zagrały bądź zagrają F’N'M, U2, Killers, Kings of Leon, Prodigy czy 50 Cent. Profesjonalne agencje koncertowe pokazały, że nawet na takim europejskim zadupiu jakim jest Polska da się zrobić imprezę na światowym poziomie.

I tu pojawiło się COŚ. To coś to A&M Agency, która kompletnie nie poradziła sobie z organizacją Hunter Festu. Gdyby to była jej pierwsza wpadka, albo gdyby była to grupa licealistów marząca o sprowadzeniu kilku metalowych zespołów widniejących na plakatach w ich pokojach dałbym temu spokój. Ale to była “profesjonalna” agencja, która nie po raz pierwszy zresztą kompletnie dała ciała i oszukała i fanów i muzyków.

Dla takiego czegoś nie powinno być miejsca w tym kraju.

Dlatego prośba – niech muzyką zajmują się profesjonaliści, a nie kombinatorzy. Kombinatorzy niech idą do  KDT.

Zaraz oczywiście pojawią się głosy, że profesjonalizm = komercja. Zgadza się – uwielbiam komercyjną muzykę. Nie lubię pierwszych demo nagranych przez Mayhem w garażu na zestawie perkusyjnym zrobionym z garnków. Nie lubię zespołów, które grają dwa akordy i mówią, że to jest sztuka. Nie lubię koncertów w piwnicach. Nie lubię, gdy przyjeżdża na koncert zespół i ma tak spieprzone przez pana Waldka nagłośnienie, że nic nie słyszę oprócz perkusji i wysokich partii gitar.

Lubię za to profesjonalizm Slayera, garnitury Mike’aPolkadot Cadaver Pattona, świetną organizację Open’era i hostessy w Filharmonii Narodowej. Lubię również brzmienie albumów Britney Spears i mało znane zespoły, które potrafią grać i nagrywać dobrze brzmiące płyty (polecam Speed Caravan i Polkadot Cadaver).

I nie lubię ludzi, który myślą, że głupi Polak wszystko kupi. I zamiast dać mu show dają mu festyn. Tak zrobiło A&M – pokazało wszystkim środkowy palec.

Maciej Maląg

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 242 other followers