Kategoria: Myśli wszelakie


Tango down (ACTA)

Po raz kolejny okazało się, że dobry i przemyślany PR Platformy Obywatelskiej to mit.

W ciągu kilkunastu dni rząd PO-PSL dwukrotnie popisał się brakiem jakiegokolwiek empatii serwując nam najpierw ustawę refundacyjną, a teraz porozumienie ACTA. O tej pierwszej pisać nie zamierzam, bo chyba wszystko zostało już powiedziane. Bardziej martwi mnie fakt, że w demokratycznym kraju, za naszymi plecami i w całkowitej tajemnicy toczą się prace nad projektami wpływającymi w poważnym stopniu na życie każdego z nas. Planowane podpisanie porozumienia ACTA i sposób przygotowania tego dokumentu budzi moje obawy, podobnie jak większości komentatorów i internautów – grupy mogącej najbardziej odczuć jego skutki.

Release the Kraken - Stop ACTA

Release the Kraken - Stop ACTA

Ogólne założenie ACTA – ochrona własności intelektualnej, walka z piractwem i zalewającymi (?) rynek podróbkami są słuszne. Jednak sposób, w jaki tekst został przygotowany – przez wąską grupę osób, bez jakichkolwiek konsultacji społecznych, utrzymywanie postępu prac w ścisłej tajemnicy – jest skandaliczny. Reakcja internautów w postaci blokowania stron rządowych może być przesadzona, może nie być skuteczna (i w czwartek ACTA zostanie podpisana), ale zwraca uwagę na sposób, w jaki politycy pracują. Wybierają sobie za partnerów wielkie korporacje i koncerny kompletnie ignorując fakt, że mandatu do rządzenia nie dały im RIAA, Universal czy grupa bliżej nieokreślonych inwestorów dysponujących miliardami dolarów, tylko miliony osób, które poszły do wyborów. Rządzący zdają się czasem (często?) zapominać, że nie istnieje monarchia i władza absolutna – ich mandaty wygasną za kilka lat i o tym internetowi aktywiści starają się im przypomnieć.

Dwa główne założenia ACTA – wspomniane przeze mnie walka z piractwem/podróbkami oraz ochrona własności intelektualnej mogą brzmieć dobrze, ale niestety nie brzmią. A na pewno nie w tej formie. Pomijam fakt, że każdy kraj dążący do podpisania tego porozumienia dysponuje stosownymi przepisami. Jest prawo autorskie, są znaki towarowe… jest nawet międzynarodowa współpraca w ściganiu firm podrabiających towary. Minister Boni bagatelizując wczoraj reakcję internautów zauważył, że przecież podpisanie ACTA de facto nic nie zmieni. To ja się pytam po co w takim razie nic niezmieniający dokument podpisywać?

Największe obawy (oprócz wspomnianego przeze mnie sposobu prac nad dokumentem, który uważam za skandaliczny i łamiący chyba wszystkie normy obowiązujące w demokratycznym społeczeństwie) budzi całkowita nieostrość regulacji dająca olbrzymie pole do nadużyć. Zwłaszcza w Internecie.

Regulacje dające możliwość nakazu zamknięcia stron internetowych czy portali wydane przez właścicieli praw autorskich bez procesu sądowego wbrew słowom polityków nie przyczynią się do poprawy sytuacji artystów/wynalazców.  Przerzucenie na dostawców Internetu obowiązku monitorowania każdego internauty nie ochroni nikogo – ograniczy tylko naszą wolność. To trochę tak, jakby rząd nakazał poczcie otwieranie naszej korespondencji. Tak kiedyś było. W innym systemie. Obaliliśmy ten system.

Internautów nie da się oszukać – to nie tępy motłoch oddający głosy za kiełbasę wyborczą i obietnicę, że będzie lepiej. To młodzi i wykształceni ludzie potrafiący poruszać się w sieci lepiej niż politycy. Duża ich liczba to ludzie urodzeni w latach 90-tych w Internecie wychowani, dla których sieć jest drugim domem. Domem, który teraz chcą im może nie zabrać, ale na siłę przebudować.

Motor napędowy ACTA, SOPA, PIPA i szeregu innych inicjatyw – wielkie wytwórnie filmowe, muzyczne czy instytucje zajmujące się ochroną praw wydawcow muzycznych (RIAA) to instytucje przestarzałe, które nie są się w stanie odnaleźć w XXI wieku. Świadczą o tym ich nerwowe ruchy i całkowicie skostniała decyzyjność występująca zawsze pod postacią działań siłowych. Lobbują za ochroną własności intelektualnej i zwalczania piractwa. Jednak nie chcą zauważyć, że w obecnej formie są już do niczego niepotrzebne. Dwie najbardziej zainteresowane strony w postaci twórców i odbiorców doskonale się w Internecie odnalazły. Paradoksem jest, że chociaż wytwórnie od dawna lamentują nad spadkiem sprzedaży płyt, nad piractwem, złodziejstwem i kradnącymi dorobek artystów internautami to ostatnie lata dzięki takim  serwisom jak Youtube, Facebook czy Myspace przyniosły największy rozwój muzyki od lat. Po prostu stało się to, co z innymi gałęziami gospodarki  – skrócił się łańcuch dystrybucji.

Wytwórnie jednak nie chcą się z tym pogodzić. Z rozrzewnieniem wspominają XX wiek, gdy były absolutnymi monopolistami. Bez ich zgody i pieniędzy nie było możliwości nagrania i sprzedania jakiejkolwiek płyty. Studia nagrań były za drogie, a system dystrybucji kontrolowany przez nie  w stu procentach.

Czasy się jednak zmieniły. Pojawiły się rozwiązania cyfrowe, przystępne ceny programów do rejestracji dźwięku  takich jak Logic czy Cubase, relatywnie niedrogi sprzęt nagraniowy, wreszcie bezpłatne serwisy promujące młode zespoły. Wytwórnie przestały być niezbędne zarówno przy produkcji, jak i dystrybucji. Artyści nauczyli się bardzo szybko, że żeby wyżyć należy przewartościować sposób zarabiania na muzyce. O ile jeszcze w latach 80-tych trasa koncertowa promowała płytę i zachęcała do jej kupowania, to obecnie płyta jest tylko i wyłącznie multimedialną informację o tym, że dany artysta wkrótce ruszy w trasę koncertową. Zespoły zarabiają na koncertach i gadżetach. Płyta służy tylko i wyłącznie do ich promocji.

Gdzie tu pieniądze dla pośrednika, jakim jest wytwórnią? Chodzi o to, że nigdzie. Bez pójścia z duchem czasu i przewartościowania sposobu myślenia o sposobie prowadzenia działalności wytwórnie dążąc do zysku doprowadzą do gigantycznej wojny w sieci. Wojny, w której nie będzie zwycięzców. Internet jest tworem stale się zmieniającym, ale dość harmonijnym. Jakakolwiek próba zmienienia go na siłę, doprowadzi do efektu motyla, przy którym El Nino to lekka bryza.

Próby wymuszenia na politykach wprowadzenia rozwiązań siłowych w postaci ACTA, SOPA czy PIPA przyniosą więcej strat niż korzyści. Piractwa i tak nie ukrócą – serwery przeniosą się do krajów, które „własność intelektualną” mają w poważaniu – np. do Chin czy Rosji i żaden, nawet najbardziej spektakularny akt nie pomoże. Doprowadzić mogą za to do reakcji potężnych serwisów pokroju Google. Wystarczy pomyśleć co się stanie, gdyby kalifornijski gigant na miesiąc zmienił swój mechanizm wyszukiwania banując słowa kluczowe „RIAA”, „Universal”, „Warner Music” czy „[tu wstaw nazwę partii politycznej]”.

Jedynym rozwiązaniem zdaje się być wymyślenie nowego systemu ochrony własności w sieci, przekonanie internautów do tego, że za niektóre towary warto płacić. Na razie przekonuje się ich tylko o pazerności wytwórni. Chcą nas zmusić do płacenia za wszystko jednocześnie oczekując, że za darmo będziemy na swoich stronach, blogach czy forach zamieszczać trailery nowych filmów czy single z nowych albumów. To znaczy, że trailer filmu, czy materiał promocyjny nie jest własnością intelektualną?

W żadnym stopniu nie popieram internetowej samowolki – rację ma Wojciech Orliński pisząc w polemice z Jackiem Żakowskim, że „świat całkowicie bezkarnego piractwa będzie światem bez umów, bez zaliczek i bez wydawców. A więc będzie to także świat bez Beatlesów i bez Beethovena. A także najprawdopodobniej bez Żakowskiego – bo jakoś nie wierzę w to, że z jednakowym entuzjazmem brałby się do pisania za darmo na blogu.”

Jednak mimo wszystko tak poważne problemy, obejmujące swoim zasięgiem tak duże grupy ludzi powinny być opracowywane przez zespoły eksperckie i konsultowane z wieloma środowiskami. Przede wszystkim w sposób jawny, a nie po cichu, w tajemnicy.

Tym sposobem wracamy do polityków, dla których współpraca z bogatymi molochami może być kusząca. Jednak powinni to mimo wszystko przekalkulować. Okazać się może, że zyski ze takiej współpracy w porównaniu z porażką w kolejnych wyborach mogą się nie opłacić. I w tym cała nadzieja, paradoksalnie polegająca na wierze, że politycy wykażą się cechą której mieć nie powinni.

Święta Bożego Narodzenia A.D. 2010 minęły szybko. Świąteczna kolacja, świąteczne śniadanie, pierogi, karp, prezenty, zdechły gołąb, którego mój pies upolował w krzakach… Pięknie było. Ostatni tydzień starego roku zapowiada się jeszcze piękniej. Zostaniemy bowiem zasypani wszelkiego rodzaju rankingami, podsumowaniami, statystykami, słowem – wszystkim “naj”.

A ja nie cierpię “naj”.

Istnieje bowiem bardzo mała liczba osób, które są predestynowane do sporządzania obiektywnych (sic!) rankingów. W większości jednak są to klasyczne medialne zapchajdziury. Nie ma chyba nic łatwiejszego do napisania – wybrać pięć, dziesięć, piętnaście, sto rzeczy / osób/ wydarzeń i upchnąć je na kilku stronach A4. Dlatego tak alergicznie reaguję również na wszelkie muzyczne składanki – debestofy, grejtesthitsy i inne topofcośtam. Zazwyczaj bowiem nie zgadzam się z ludźmi dobierającymi repertuar.

Jednym z nielicznych wyjątków jest kompilacja “Polski Top Wszech Czasów” zawierająca zbiór ważnych dla polskiej muzyki utworów wybranych przez słuchaczy radiowej “Trójki” oraz trzech Piotrów dziennikarzy tej stacji. Piotra Metza, Piotra Stelmacha i Piotra Barona.

Wydawnictwo nie jest wybitne. Z wielu utworów, które się na nim znalazły, bym zrezygnował. Kilka bym dodał. Jednak ogólne wrażenie po jej przesłuchaniu jest bardzo pozytywne. Co ważne – wszystkie płyty mają charakter skrajnie subiektywny. Sygnujący je własnymi nazwiskami dziennikarze są dla mnie osobami, które na muzyce zjadły zęby i mają prawo do tego, żeby mówić co jest dobre, a co nie. No dobra, w wypadku Piorta Metza nie dotyczy to muzyki zagranicznej (chyba, że odbiorca jest fanatycznym fanem The Beatles).

Polski Top Wszech Czasów

Polski Top Wszech Czasów

Mało jest takich składanek. Podobnie jak mało jest ludzi, których muzycznym gustem jestem zainteresowany. Poza wspomnianą trójką chętnie słucham opinii Piotra Kaczkowskiego, Wojciecha Manna czy nieżyjącego już Johna Peela. Jednak kompletnie nie interesuje mnie zdanie pani z działu marketingu dużej wytwórni.

W muzyce szukam inspiracji. I taką znalazłem we wspomnianej kompilacji. Dlatego też postanowiłem ułożyć muzyczny alfabet podsumowujący to, co zdarzyło się w Polsce w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Od razu ostrzegam, że jest to spis wybitnie subiektywny.

A – jak AC/DC

Przedstawiać ich nie trzeba. Koncert AC/DC na warszawskim Bemowie był bezapelacyjnie jednym z ważniejszych muzycznych wydarzeń roku.

B – jak Bayer Full

A co! Zespół Sławomira Świerzyńskiego ma rozmach, o jakim nawet Behemoth może pomarzyć. Wszyscy się z Disco Polo śmieją, a jak przychodzi do wesela to jakoś wszyscy znają teksty, mimo, że w radio ani w telewizji taka muzyka nie leci zbyt często. Mam szczerą nadzieję, że uda im się podbić rynek chiński. Gorzej jak w Azji zwietrzą biznes i zostaniemy zalani Disco Polo made in China.

C – jak Chopin, Fryderyk

Rok Chopinowski powoli dobiega końca. O polskim artyście wszech czasów powiedziano i napisano bardzo dużo. Łudzę się, że grono miłośników jego twórczości powiększyło się w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Tegoroczną, XVI, edycję konkursu Chopinowskiego wygrała Rosjanka Yulianna Avdeeva.

D – jak Dziubiński, Tomasz (ur. 1961 – zm. 2010)

Założyciel Metal Mind Productions, organizator Metalmanii oraz redaktor naczelny polskiej edycji miesięcznika Metal Hammer. Był postacią kontrowersyjną, jednak nie ma wielu osób, które w podobnym stopniu co on przyczyniły się do rozwoju muzyki rockowej oraz metalowej w Polsce. To dzięki niemu sławę zdobyły m.in. takie zespoły jak Turbo czy Acid Drinkers.

E – jak Elton John

Koncert na stadionie warszawskiej Polonii był żywą reklamą trybuny krytej. Tym, którzy stali na płycie zostały parasole, kurtki przeciwdeszczowe i aspiryna.

F – jak Fishdick Zwei

Acid Drinkers w tym roku okazali się bardzo gościnni. Przekonali się o tym m.in. Czesław Mozil, Anna Brachaczek oraz Vogg. Legenda polskiego rocka nagrała płytę dobrą, aczkolwiek czekam na prawdziwy album, a nie covery. O tym, że utwory innych Acids grają lepiej niż ci inni dawno wiemy.

G – jak Guinessa, rekord

Romuald Koperski dał najdłuższy koncert fortepianowy świata. Muzyk grał nieprzerwanie 103 godziny i 8 sekund. Poprzedni rekord był krótszy o prawie dwie godziny.

H - jak Heretica, Evangelia

Ostatnie DVD Behemoth zawiera zapisy dwóch koncertów, które muzycy zagrali w Paryżu (2008) oraz w warszawskiej Stodole (2009). Debiut na 15 miejscu listy Billboardu robi wrażenie. Czekam na miejsce pierwsze, debiut na gali Grammy i konfrontację Dody z Lady Gaga.

I – jak Incydent w Pszowie

Polak nie kaktus i pić musi. Przekonali się o tym mieszkańcy Pszowa, których specyficznym występem uraczył Muniek Staszczyk. O sprawie szybko dowiedziały się media, muzyk przeprosił, fani przebaczyli, sprawa rozeszła się po kościach. Było wesoło, zaściankowo i polsko.

J – jak Jarocin

Najstarszy polski festiwal rockowy. Tym razem z Gossip, TSA i Dezerterem.

K – jak Kozidrak, Beata

Ostatnio wyznała, że nie lubi Edyty Górniak i Maryli Rodowicz. Nie musi. Nie musi też występować razem z nimi podczas imprezy sylwestrowej we Wrocławiu. To się nazywa marketing. Przez taką głupią wypowiedź będę z wypiekami śledził ich występ, uściski i ciepłe słowa. Szkoda jednak, że nikt mi za to nie zapłaci.

L – jak Lady Gaga

Jak się okazało można w naszym kraju zorganizować koncert gwiazdy światowego formatu. W zeszłym roku była Madonna. Teraz wystąpiła Lady Gaga. Czekamy na Justina Biebera. A na poważnie – organizatorom gratuluję.

M – jak Mondo Cane

Mike Patton był jedną z gwiazd tegorocznego festiwalu Era Nowe Horyzonty. Tym razem wystąpił  z projektem Mondo Cane. Jak zawsze zachwycił. Czekam ponownie na Faith No More.

N – Nowojorskiej Filharmonii, Orkiestra

Jedna z najstarszych i najbardziej uznanych światowych orkiestr zagrała dwa koncerty w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Jeden z nich swoim udziałem uświetniła Julianna Avdeeva.

O – jak Open’er Festival

Pearl Jam i Massive Attack. Fatboy Slim i Groove Armada.

Lubiłem Open’era za doskonały dobór gwiazd. Za The White Stripes i Faith No More. Za Pendulum i Emilianę Torrini. Za The Prodigy i Chemical Brothers. Wreszcie za Snoop Dogga i Cypress Hill… A teraz mi organizator wyjeżdża z Coldplay. Zgroza.

P – jak protesty

Katastrofa smoleńska i bitwa o krzyż wielu osobom rzuciła się na umysły. Część z nich oprotestowała występ Chicka Corei w warszawskiej Archikatedrze św. Jana Chrzciciela. Muzyk dołączył tym samym do grona muzyków znienawidzonych przez prawdziwych obrońców Polski, moralności i Kościoła. Gratuluję. W tym elitarnym gronie znajduje się już Madonna, AC/DC i Behemoth.

R – jak Rammstein

Spontaniczność 1.

Widowiskowość 10.

Koncert w Łodzi utwierdził mnie w przekonaniu, że w poprzednim życiu członkowie tego zespołu byli albo strażakami, albo podpalaczami. Niechybnie jedno i drugie.  Przekonałem się również, że hale widowiskowo-sportowe pokroju Atlas Areny czy Torwaru kompletnie się nie sprawdzają na koncertach rockowych. Klimatu nie mają za grosz.

S – jak Sonisphere Festival

Metallica, Slayer, Megadeth, Anthrax i Behemoth na jednej scenie. Like it. Po występie tych drugich już nie uwierzę w tłumaczenia jakiegokolwiek zespołu, że nie da się oddać klimatu muzyki metalowej przy jasno świecącym słoneczku. Da się. Tylko trzeba być Slayerem.

T – jak telewizja muzyczna

Gdzieś czytałem, że w ramówce telewizji Trwam jest więcej muzyki niż w MTV. Gdzie te piękne czasy Euro Top 20, Headbanger’s Ball, Vanessy Warwick i Ray’a Cokesa. Teraz mamy jakieś bezsensowne reality show. Jasne, że MTV jest od lat skierowane do pryszczatych nastolatków, ale kiedyś było o wiele lepsze. Wiem… Starzeję się…

U – Urbaniak, Michał

Zagrać na jednej scenie z Michałem Urbaniakiem i muzykami z zespołu Amy Whinehouse?  Bezcenne.

V – jak Volbeat

Genialny koncert w warszawskiej Progresji i jeszcze lepsza płyta. Ciągle nie jest to zespół znany w Polsce, ale jestem przekonany, że w najbliższym czasie to się zmieni. Johnny Cash i James Hetfield w jednym.

W – jak WOŚP

Tłumaczyć nie trzeba.

Z – jak zapalenie wyrostka

Powód, dla którego Mastodon odwołał swój występ na europejskiej części trasy Sonisphere. Bardzo żałuję, że nie zobaczyłem ich w Warszawie. Mam nadzieję, że nadrobią zaległości, gdyż jest to jeden z lepszych zespołów rockowych ostatnich lat.

Ż – jak Żywiec

Specom od marketingu Żywiec S.A. należy się nagroda. Projekt “Męskie Granie” jest bezapelacyjnie jednym z ciekawszych, jakie powstały w ciągu ostatniej dekady. Zebrać razem Waglewskiego, Maleńczuka, Możdżera, Nergala, Stańkę i Smolika to wyczyn niebywały.

Teraz pozostaje mi życzyć Wam szczęśliwego A.D. 2011.

Dawno się tak nie uśmiałem jak wtedy, gdy kilka dni temu spędziłem parę uroczych godzin grając w Brütal Legend.

Co dziwne – nie jest to gra wybitna. Z technicznego punktu widzenia nie jest nawet dobra. Grafice bliżej do PlayStation 2 niż nextgenowych potworów, animacja szwankuje, kolizja obiektów również… jednak udźwiękowienie i fabuła spowodowały, że Mass Effect 2 i Heavy Rain muszą jeszcze poczekać. Nawet Dragon’s Age kurzy się na półce.

Brütal Legend nie przejdzie do historii gier jako kanon. Ba, nie zrozumie jej nikt, kto nie jest fanem muzyki metalowej. Dla jej fanów zaś dzieło Tima Schafera będzie powodem, dla którego kupią sobie konsole. Nie dość, że soundtrack liczy sobie ok. stu utworów autorstwa takich tuzów jak Black Sabbath, Motorhead, Megadeth, Slayer, Manowar, Dimmu Borgir, Emperor, Motley Crue czy Judas Priest, to na dodatek udźwiękowieniem gry zajęli się: znany z Tenatious D oraz kultowego Pick of Destiny Jack Black, Lemmy Kilmister aka Kill Master, Rob Halford oraz sam Arcyksążę Ciemności, Bóg Metalu, Postrach Nietoperzy, a prywatnie ojciec dwójki uroczych dzieci czyli mąż swojej żony – Ozzy Osbourne.

Reszta jest historią – wciągająca fabuła, genialne dialogi, fantastyczny Jack Black, a wszystko opakowane tonami mieczy, ognia, czaszek, łańcuchów, motocykli, skóry, ćwieków i nazw rodem z dyskografii Manowar (łącznie z moją ulubioną stacją radiową Mouth of Metal).

Oczywiście w Polsce, kraju w którym sklepy muzyczne nie mają wiele poza Rubikem, Kasią Kowalską, Piaskiem i Behemoth nie da się kupić oficjalnego soundtracku do tej gry. Dlatego zmuszony byłem przekopać się przez moje zakurzone sterty płyt i takowy sam sobie złożyć.

W czasie poszukiwań w ręce wpadła mi koncertówka Judas Priest – “Unleashed in the East” i zacząłem podziwiać Rob Halforda za odwagę.

Bo trzeba mieć naprawdę wielkie cojones, żeby otwarcie przyznać się do odmiennej orientacji seksualnej. I do tego jako ikona muzyki przeznaczonej głównie dla okładających się po klatach zarośniętych samców alfa. Szok, jaki wywołał tym oświadczeniem był większy niż podobne wyznanie, nieżyjącego już, Brendana Burke’a.

Co ciekawe – sceniczny image Roba Halforda czyli skóry, łańcuchy, ćwieki i kajdanki został szybko uznany przez fanów jako styl prawdziwych metalowców. W sumie nie dziwne – ramoneska wygląda lepiej niż spodnie ze spandexu, którymi straszyli muzycy Iron Maiden. A skóra jest bardziej “męskim” materiałem niż jedwabie i koronki (o makijażu nie wspominając), w które ubierały się zespoły pokroju Poison, Motley Crue czy Twisted Sister. Jednak nie mogę się pozbyć wrażenia, że wokaliście Judas Priest nie chodziło o stworzenie “metalowej mody”, a raczej upodobnienie się do bywalców pewnego słynnego klubu (ups… baru sałatkowego).

Z drugiej strony (choć w sumie nie powinno mnie to obchodzić) mam cichą nadzieję, że Halford nie był… hm… bierną stroną w swoich związkach. Zabawne by bowiem było, gdyby się okazało, że połowa fanów metalu wygląda jak cioty.

Szwajcarskie minarety

Lubię czytać poranną prasę. Tu ktoś sprzedał mecz, tam się bracia znów na arenie międzynarodowej wygłupili, gdzie indziej słynna piosenkarka zarzuciła jednym dziennikarzom, że nie dają jej spokoju, a innym sprzedała zdjęcia z nocy poślubnej. Istny cyrk. Jak zwykle.

Tym razem rozbawiło mnie rozpaczliwe wołanie o pomoc Amnesty International, która obok pajaców z Greenpeace jest jedną z moich ulubionych organizacji pozarządowych. Jest oczywiście bardzo skuteczna w swoich działaniach – potrafi np. zblokować pracę urzędu we Francji wysyłając setki listów, ale to nie takie trudne, skoro każdy może podbić ten kraj bez jednego wystrzału jeśli obieca, że nie podniesie cen bagietek.

Tym razem powodem rwetesu jest (całkowicie zrozumiała) decyzja większości Szwajcarów o zakazie stawiania minaretów koło meczetów. Kraje islamskie oczywiście zaczną lamentować, AI już zarzuciła Szwajcarom prawie że rasizm przypominając o wolności wyznania etc.

Szwajcaria zachowała się jednak całkowicie racjonalnie – postanowiła nie powielać błędów Niemców, które powoli stają się krajem islamskim.

Najpierw zgodzili się na meczety.

Potem na minarety.

Potem na wprowadzenie klas dla Muzułmanów.

Potem na zdejmowanie plakatów z reklamą kobiecej bielizny obrażającej ponoć ich uczucia religijne.

I trafił mnie jasny szlag, ponieważ uwielbiam ładne plakaty, a Eva Herzigova reklamująca Wonderbrę jest jakieś sto miliardów razy bardziej przyjazna dla oka od brodatego gościa w klapkach wrzeszczącego z wieżyczki.

Eva Herzigova

Eva Herzigova

Faktem było, że przebywałem wówczas w Niemczech i cała dyskusja toczyła się blisko mnie. Dlatego całym sercem popieram Szwajcarów i nie zgadzam się z AI. Jestem oczywiście za wolnością wyznania, ale chciałbym, żeby wyznawcy nie wpływali na życie nie-wyznawców. Ponieważ to, że Szwajcarzy się na minarety nie zgodzili wcale nie znaczy, że nie lubią/szanują Islamu. Może po prostu chcą się wyspać i oglądać ładne modelki.

W kąciku melomana prezentuję tym razem szwajcarski Samael, który już jutro zagra przed Paradise Lost w warszawskim klubie Stodoła:

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 242 other followers