Właśnie się dowiedziałem, że Danielle Steel napisała już 77 książek. Na dodatek zrobiła to w ciągu trzydziestu sześciu lat, a to daje ponad dwie książki rocznie.
To dużo.
Można nawet stwierdzić, że Danielle Stell pisze dwa razy szybciej niż przeciętny Polak czyta. A to z kolei jest na swój sposób zabawne…
Doceniam fakt, że miliony kobiet czekających na swojego rycerza na białym koniu/latynoskiego nauczyciela tańca/milionera/ogrodnika/Zbyszka Ziobro kupiło ponad 550 milionów jej książek. Wiele (większość) osób zgodzi się jednak ze mną, że z książek numer 10-77 wieje nudą. Nie może być inaczej, gdyż formuła nawet tak wciągającej literatury, jaką jest romans, musi się kiedyś wyczerpać.
I w ten zgrabny sposób przechodzimy do ostatniego notowania OliS.
Od razu wyjaśnię mój zaskakujący skrót myślowy – OliS jest jak książki Danielle Steel. Dużo tego, a postacie ciągle podobne.
Składanki hitów sygnowane przez wielkie rozgłośnie radiowe. Soundtracki do musicali a’la “Mamma Mia”. Nowy Piasek. Nowy Feel. Nowa złota kolekcja największych przebojów greatest hits 3cd deluxe edition Czesława Niemena czy Maryli Rodowicz. Brzmi znajomo?
Do tego dochodzi jeszcze ciekawa składanka “King of Pop”, zawierająca największe (rzeczywiście) hity Michaela Jacksona. W tym przypadku (nie)zaskakujące jest to, że płyta wyszła bodajże w styczniu, a w pierwszej 50-tce OliS zadebiutowała oczywiście po śmierci gwiazdy.
Jak to oceniać – nie wiem… Choć trąci mi to trochę nekrofilią.
Z drugiej strony tylko nekrofilia i Szatan może tłumaczyć oszałamiający sukces Behemotha, który przed czterema tygodniami wpadł ze swoim “Evangalion” od razu na drugie miejsce OLiS po to, by tydzień później wdrapać się na najwyższą pozycję. Od tego czasu Behemoth zachowuje się spokojnie – siedzi na szczycie i łypie groźnie.
A tak na poważnie nie wiem, czy to dobrze świadczy o kondycji polskich melomanów…
Oczywiście “Evangelion” jest płytą świetną – dobrze wymyśloną, bardzo dobrze zagraną i jeszcze lepiej wyprodukowaną. Jednak jest to ciągle black metal. To nie jest rock pokroju Comy czy nowy album Metalliki, tylko jeden z bardziej ekstremalnych muzycznych gatunków (po niemieckim techno i pieśniach kaukaskich górali).
Chciałbym, żeby sukces marketingowy Behemoth był spowodowany rzeczywistym docenieniem ich twórczości. Niemniej jednak mam wrażenie, że sporo osób chciało się pochwalić, że ma płytę “chłopaka Dody”. Co jest krzywdzące dla muzyka tak ambitnego jak Nergal.
Ale cóż panie Adamie. Na pocieszenie napiszę tylko:
“Brzdęk. Kupione.”
