Klub Progresja nie jest idealny. Byłem na wielu koncertach w miejscach ładniejszych, większych, z lepszą klimatyzacją czy przestronnym barem. Obejrzałem w nich wiele występów – zarówno wybitnych (Slayer w Stodole), jak i katastrofalnych (nie będę pisał gdzie :) ). Jednak lubię to miejsce.

Właśnie w Progresji obejrzałem ostatnio dwa koncerty, które zrobiły na mnie wrażenie kolosalne i zostaną w mojej pamięci przez wiele lat. Pierwszym z nich był oczywiście występ Emilie Autumn, o którym pisałem dość sporo. Drugim był wczorajszy występ Volbeat.

Volbeat w Progresji (fot. Łukasz Mrozek / MadStudio.eu)

Volbeat w Progresji (fot. Łukasz Mrozek / MadStudio.eu)

Duńczycy wystąpili w stołecznym klubie po raz drugi. I po raz drugi zagrali perfekcyjny show. Ciężko jest mi jednak pisać cokolwiek odkrywczego, ponieważ obydwa ich występy dzieli zaledwie rok – a w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy do sklepów ich nowa płyta nie trafiła. Chciałbym napisać, że mnie zaskoczyli, ale mijałbym się z prawdą. Spodziewałem się genialnego brzmienia, świetnego oświetlenia, żywiołowego występu, świetnego kontaktu z publicznością oraz… nieśmiertelnego grzebienia Michaela Poulsena.

Michael Poulsen i jego grzebień - Volbeat w Progresji (fot. Łukasz Mrozek / MadStudio.eu)

Michael Poulsen i jego grzebień - Volbeat w Progresji (fot. Łukasz Mrozek / MadStudio.eu)

I to dostałem. Zostałem usatysfakcjonowany w stu procentach. Podobnie publiczność szczelnie wypełniająca Progresję (koncert był wyprzedany).

Brak zaskoczenia nie jest bynajmniej zarzutem pod kontem Volbeat. Są zespoły, od których wręcz nie oczekuję jakichkolwiek niespodzianek. Nie wyobrażam sobie np. sytuacji, w której Lemmy powie: “A teraz Was zaskoczymy i zamiast Ace of Spades zagramy utwór, którego nigdy nie graliśmy na żywo”.

Volbeat w Progresji (fot. Łukasz Mrozek / MadStudio.eu)

Volbeat w Progresji (fot. Łukasz Mrozek / MadStudio.eu)

Idąc na Volbeat chciałem usłyszeć po raz kolejny “Sad Man’s Tongue”, “Pool of Booze” czy “Human Instrument”. Chciałem usłyszeć charakterystyczne przekomarzanie się Poulsena z publicznością i “Still Counting” na końcu. Volbeat również wyszli z założenia, że fajnie będzie, jak te utwory się pojawią. I nikt na brak zaskoczeń nie narzekał.

Volbeat w Progresji (fot. Łukasz Mrozek / MadStudio.eu)

Volbeat w Progresji (fot. Łukasz Mrozek / MadStudio.eu)

Skłamałbym, gdybym stwierdził, że nie było absolutnie nic nowego – było – Duńczycy zagrali “A Warrior’s Call” z nadchodzącego (ale powoli – premiera we wrześniu) nowego albumu. Utwór swoją drogą ciekawy – klimat znany z poprzednich płyt utrzymany. Słychać idealnie wokalne inspiracje Poulsena – Hetfielda naśladuje lepiej niż Hetfield. (Więcej o nowej płycie przeczytacie w wywiadzie z Thomasem Bredhalem, którego gitarzysta zgodził się udzielić MusicArena.pl.)

Aha… Volbeat zakończył koncert grając kilka pierwszych riffów z kultowego “Raining Blood” Slayera, po czym grzecznie podziękował, powiedział, że jesteśmy fajni i pojechał do Krakowa.

I tyle.

Ale podobało mi się – na ich kolejny koncert również pójdę. Zastanawiam się nawet czy nie poprosić kogoś w LiveNation, żeby rozważył podmianę na tegorocznym Sonicsphere. Oddam Behemoth, a wezmę Volbeat.

Nergal, przepraszam… Ale ja nie wierzę w 40 minut w pełnym, czerwcowym słońcu. Ugotujecie się w waszych ciuchach.