Dawno się tak nie uśmiałem jak wtedy, gdy kilka dni temu spędziłem parę uroczych godzin grając w Brütal Legend.
Co dziwne – nie jest to gra wybitna. Z technicznego punktu widzenia nie jest nawet dobra. Grafice bliżej do PlayStation 2 niż nextgenowych potworów, animacja szwankuje, kolizja obiektów również… jednak udźwiękowienie i fabuła spowodowały, że Mass Effect 2 i Heavy Rain muszą jeszcze poczekać. Nawet Dragon’s Age kurzy się na półce.
Brütal Legend nie przejdzie do historii gier jako kanon. Ba, nie zrozumie jej nikt, kto nie jest fanem muzyki metalowej. Dla jej fanów zaś dzieło Tima Schafera będzie powodem, dla którego kupią sobie konsole. Nie dość, że soundtrack liczy sobie ok. stu utworów autorstwa takich tuzów jak Black Sabbath, Motorhead, Megadeth, Slayer, Manowar, Dimmu Borgir, Emperor, Motley Crue czy Judas Priest, to na dodatek udźwiękowieniem gry zajęli się: znany z Tenatious D oraz kultowego Pick of Destiny Jack Black, Lemmy Kilmister aka Kill Master, Rob Halford oraz sam Arcyksążę Ciemności, Bóg Metalu, Postrach Nietoperzy, a prywatnie ojciec dwójki uroczych dzieci czyli mąż swojej żony – Ozzy Osbourne.
Reszta jest historią – wciągająca fabuła, genialne dialogi, fantastyczny Jack Black, a wszystko opakowane tonami mieczy, ognia, czaszek, łańcuchów, motocykli, skóry, ćwieków i nazw rodem z dyskografii Manowar (łącznie z moją ulubioną stacją radiową Mouth of Metal).
Oczywiście w Polsce, kraju w którym sklepy muzyczne nie mają wiele poza Rubikem, Kasią Kowalską, Piaskiem i Behemoth nie da się kupić oficjalnego soundtracku do tej gry. Dlatego zmuszony byłem przekopać się przez moje zakurzone sterty płyt i takowy sam sobie złożyć.
W czasie poszukiwań w ręce wpadła mi koncertówka Judas Priest – “Unleashed in the East” i zacząłem podziwiać Rob Halforda za odwagę.
Bo trzeba mieć naprawdę wielkie cojones, żeby otwarcie przyznać się do odmiennej orientacji seksualnej. I do tego jako ikona muzyki przeznaczonej głównie dla okładających się po klatach zarośniętych samców alfa. Szok, jaki wywołał tym oświadczeniem był większy niż podobne wyznanie, nieżyjącego już, Brendana Burke’a.
Co ciekawe – sceniczny image Roba Halforda czyli skóry, łańcuchy, ćwieki i kajdanki został szybko uznany przez fanów jako styl prawdziwych metalowców. W sumie nie dziwne – ramoneska wygląda lepiej niż spodnie ze spandexu, którymi straszyli muzycy Iron Maiden. A skóra jest bardziej “męskim” materiałem niż jedwabie i koronki (o makijażu nie wspominając), w które ubierały się zespoły pokroju Poison, Motley Crue czy Twisted Sister. Jednak nie mogę się pozbyć wrażenia, że wokaliście Judas Priest nie chodziło o stworzenie “metalowej mody”, a raczej upodobnienie się do bywalców pewnego słynnego klubu (ups… baru sałatkowego).
Z drugiej strony (choć w sumie nie powinno mnie to obchodzić) mam cichą nadzieję, że Halford nie był… hm… bierną stroną w swoich związkach. Zabawne by bowiem było, gdyby się okazało, że połowa fanów metalu wygląda jak cioty.


Witaj,
Intuicję związaną z źródłem ubiorów Halforda masz trafną
Pisałem kiedyś o tym tutaj:
http://spolecznie.com/2010/12/31/trzydziestolecie-heavy-metalu/
To, że skóra z ćwiekami stała się jednym z symboli męskości, okazuje się być złośliwym chichotem losu
Nie tak dawno pisałem o trzydziestoleciu wydania judaszowej “Brytyjskiej Żylety” i w kontekście tego tematu wspomniałem właśnie o źródłach heavymetalowego imejdżu. Polecam:
http://spolecznie.com/2010/12/31/trzydziestolecie-heavy-metalu/