Pierwszy dzień IO Vancouver 2010 powoli za nami. Jednak działo się sporo – zgasł ogień olimpijski, zginął tragicznie gruziński saneczkarz, a nieśmiertelny Adam Małysz, nasz symbol narodowy, sportowiec XXI wieku i fetysz dziennikarzy z TVP zdobył olimpijskie srebro.

W mojej opinii sukces niebywały, ponieważ się go nie spodziewałem. Przed igrzyskami stwierdziłem, że sukcesem dla Małysza będzie pierwsza szóstka. Na szczęście się myliłem – Małysz wzbudził we mnie dziś większy podziw, niż kilka lat temu, kiedy hurtowo wygrywał to, co było do wygrania.

I szczerze mówiąc liczę, że na dużej skoczni uda mu się zdobyć upragnione olimpijski złoto. Będzie to idealne ukoronowanie jesto fantastycznej kariery.

Tak w ogóle, to fajnie ogląda się IO. Liczba zawodowców i prawdziwych mistrzów jest tak wysoka, że nie nudzę się ani na chwilę. Oczywiście – zawsze coś popsują organizatorzy, działacze, TVP i politycy (który pierwszy zrobi sobie zdjęcie z medalistami? Kaczyński czy Kaczyński?), jednak ci, od których wszystko zależy zapewnią nam wielkie emocje, a często przeżycia wręcz metafizyczne.

I tak się zastanawiam – mamy Kowalczyk, Sikorę, Małysza, szczypiornistów, lekkoatletów, świetnych siatkarzy… a ciągle najbardziej eksponowane miejsca w serwisach sportowych zajmują nasi piłkarze, którzy nie są godni skakać po bułkę i banana dla Małysza.

Zadziwiające.

Zadziwiające jest też to, że ci sami, którzy podniecają się meczami Legii z Wisłą czy Knura Zawiercie z Polonezem Gęsia Wólka wyśmiewają się z Amerykanów za ich pojęcie futbolu (ops, footballu).

A Amerykanie wiedzą co robią – nawet jeśli fascynują się sportami, których nikt nie rozumie, to przynajmniej doceniają profesjonalistów.